Mieszkając poza Polską spotykamy wielu rodaków, tu w Irlandii ale nie tylko. Większość osób, które spotykamy przy okazji np. zwiedzania są bardzo miłe, pomocne, mają czas na krótką pogawędkę, polecenia nam okolicznych atrakcji itp. I tak bardzo miło wspominamy Polaków pracowników hoteli/B&B w Belfaście, Londynie, Kilarney, Limerick oraz Galway. Mimo zabiegania w pracy, znaleźli czas aby dać nam kilka wskazówek dotyczących okolicy czy też zwyczajnie pożartować. W pociągu obsługa małych bufetów na kółkach to chyba tylko Polacy (jeszcze nigdy nie spotkałam nie – Polaka na tym stanowisku) Oczywiście Polacy spotykani przy okazji kupowania kawy w Insomni czy hot-doga w Ikei nie mają czasu na pogawędki, ale i tak jest miło zagadać do siebie po polsku i uśmiechnąć się. Poza tym taka intymność wynikająca ze znajomości języka, którego ogół nie zna może być bardzo przydatna – u mnie w pracy kilka osób z cateringu to Polacy i gdy idę sobie kupić śniadanie/lunch mówią mi wprost czy scony sa dziś dobre lub np. czy sałatka jajeczna jest świeża. :) :) Niestety spotkałam się kilka razy również z bardzo dziwnym zachowaniem Polaków, którzy nie chcieli rozmawiać po polsku bądź też udawali że nie są Polakami.

Pierwsze z tych zdarzeń miało miejsce w hotelu Rivercourt w Kilkenny. Podczas śniadania podszedł do nas kelener i zapytał czy życzymy sobie kawę czy herbatę. Ponieważ nie miał irlandzkiego akcentu od razu spojrzałam na plakietkę z imieniem. Marcin. Odpowiedziałam więc po polsku. Pan Marcin wyglądał na zmieszanego i znów zapytał nas o to samo po angielsku. Wtedy ja się zmieszałam myśląc, że popelniłam gafę zakładając, że imię Marcin występuje tylko w Polsce. Dla pewności jednak spytałam Pana Marcina: – Are you Polish Marcin?. Pan Marcin odpowiedział: No, I’m not. Wtedy bardzo się zaciekawiłam w jakim to jeszcze kraju wystepuje takie imię i spytałam: where are you from Marcin? Pan Marcin odpwiedział: I’m from Ostrów Wielkopolski”. Nie będę wspominać jak nas zamurowało. Od pewnego znajomego słyszeliśmy, że Polacy czasem mają zakaz używania ojczystego języka w obecności innych pracowników. Myślę, że jest to zrozumiałe i zresztą dotyczy wszystkich języków – w pracy należy mówić w głównym języku by każdy współpracownik rozumiał rozmowę, ale poruszyło nas bardzo to że do klientów nie można mówić w ich języku. Postanowiliśmy więc porozmawiać z managerem Pana Marcina i wyrazić swe oburzenie takim zakazem. Czekając na managera nakręcaliśmy się coraz bardziej planując do jakich mediów pójdziemy w tej sprawie i co z tym zrobimy. Managerem czy też kierownikiem sali w tym dniu okazała się ..Polka. Powiedziała nam, że nie ma takiego zakazu i że nie wie czemu Pan Marcin się tak zachował. Tłumaczyła nam, że może jest zestresowany lub zmęczony. Może tak było, nam jednak pozostał niesmak i długo brzmiało w uszach: Are you Polish? No, I’m not.

Kolejne zdarzenie miało miejsce w Paryżu w restauracji na Champs Elysees. Było lato i aleja była zapchana ogródkami restauracyjnymi. Ciężko było znaleźć gdzieś wolny stolik i trzeba było czekać od kilku do kilkudziesięciu minut. Gdy tak zastanawialiśmy się przy pewnym ogródku restauracyjnym (po polsku) czy czekać czy szukać dalej, kelnerka przyjmująca rezerwacje z którą wcześniej rozmawialiśmy po angielsku zagadała nas po polsku pytając skąd jesteśmy. Odpowiedzieliśmy, po czym ona przeszła znów na angielski. Nasza dalsza konwersacja była dziwna, my po polsku ona po angielsku. Nie zdążyliśmy się za bardzo zdziwić ani zapytać o co chodzi gdy oznajmiła nam, że stolik na który czekamy jest już wolny i że mamy iść za naszym kelnerem, którego nam wskazała…

Trzecie zdarzenie miało miejsce w tym dużym sparze/insomnii przy Stephens Green. Gdy chciałam sobie tam kupić kanapkę na lunch zamówiłam ją po polsku słysząc polski akcent dziewczyny, która brała ode mnie zamówienie. Odpowiedziała mi bardzo szybko po polsku że ona nie może mówić w tym języku. Ja jej odpowiedziałam również po polsku ze nie rozumiem czemu i że ja będę mówić po polsku. Wtedy jej koleżanka z pracy – też Polka – powiedziała jej że spokojnie może i niech nie przesadza… :)

Czwarte i póki co najdziwniejsze zdarzenie miało miejsce w naszym lokalnym sklepie spożywczym. Pracuje/pracowało w nim kilkoro Polaków oraz jedna Słowaczka no i oczywiście Irlandczycy. Ze słowiańską obsługą znamy się już po imieniu i zawsze w miarę możliwości pogadamy sobie chwilkę. Pewnego dnia na kasie była dziewczyna która z wyglądu mogła być Irlandką (krótkie rude włosy, okulary i trochę piegów) ale mimo dobrego angielskiego akcent zdradzał, że Irlandką nie jest. Jakoś może dlatego, że cudzoziemska obsługa w tym sklepie to Polacy to założyłam że ona też jest Polką i zgadałam do niej po polsku. W odpowiedzi usłyszałam „i don’t speak Polish or whatever language that is”…trochę dziwna odpowiedź, tym bardziej na kogoś kto nie zna języka a go od razu rozpoznał. Przeprosiłam więc, że użyłam polskiego zakładając że ona jest Polką i zapytałam ją skąd jest. Usłyszałam „i’m from Dublin”. Jej odpowiedź nie zaspokoiła mojej ciekawości bo mnie wciąż intrygował jej akcent. Spytałam więc: „but where are you from originally?” w odpowiedzi usłyszałam „i am originally from Dublin”. Szczerze mówiąc nic już więcej nie spytałam bo zgłupiałam. Myślałam sobie – ok. nie jest Polką ale skąd jest i dlaczego nie chce się przyznać do swojej narodowości. Kilka tygodni po tym zdarzeniu poszłam do sklepu i tym razem na kasie była nasza znajoma Polka Ania. Przede mną w kolejce stało kilka osób a w tym między innymi dziewczyna z mojej opowieści. Była już po swojej zmianie i robiła zakupy przed pójściem do domu. Płaciła Ani za zakupy i rozmawiała z nią ….oczywiście po polsku nie wiedząc, że ja stoję za nią. Kilka dni po tym zdarzeniu znów poszłam na zakupy i zwracałam się do Gosi (bo tak ma na imię) po polsku. Ona zwracała się do mnie tylko po angielsku. Mówiłam do mnie że nie jest Polką, nie mówi w tym języku i go nie rozumie a to, że ja myślę że jest Polką to moje zmartwienie a nie jej… cała rozmowa była nie tyle komiczna co tragiczna… I uprzedzam wszelkie dewagacje: tak upewniłam się – spytałam się innych pracowników sklepu – potwierdzili mi że Gosia jest Polką. Tego ostatniego postępowania ani ja ani nikt z moich znajomych nie potrafimy zrozumieć.

PS.Zdjęcia pochodzą ze strony photobucket oprócz jednego -  “swierzo malowane” :)

Moze Cie tez zainteresowac
my name is jazdy Wisząca kładka Plusy życia w Irlandii