Strona główna

Bez ubranek w szczytnym celu

12 komentarzy

Mieszkając w Irlandii odkryłam ile osób angażuje się w akcje charytatywne. Przy okazji wszelkich maratonów, wyścigów  i przeróżnych zawodów sportowych jak i zabaw odbywają się zbiórki na szczytne cele. Zbiórki te mają jednak inny charakter od tych znanych mi w Polsce. Osoba, która bierze udział w danej akcji np biegnie w maratonie, szuka sponsorów. W praktyce odbywa się to w ten sposób, że koleżanka informuje mnie, że biegnie w kobiecym mini maratonie i czy jej nie zasponsoruje. Daje się wtedy takiej osobie pieniądze, ona skrzętnie zapisuje kto i ile dał i zebraną kwotę przekazuje na daną akcję charytatywną. Sporo osób wykorzystuje zdobycze techniki do takich zbiórek. Kilka razy w pracy dostałam od różnych współpracowników maila z informacją, że będą biegli w maratonie, jechali na rowerze czy skakali na bungee dla akcji charytatywnej i zbierali pieniądze online. Dostawało się adres strony gdzie można było wpłacać pieniądze czyli sponsorować daną osobę. Widniały tam dane tej osoby, ile już uzbierała oraz oczywiście dane fundacji charytatywnej na którą zbierała.

Czasem te zbiórki przybierają bardziej komiczny charakter. Jakiś czas temu u mnie w pracy była zbiórka na walkę z rakiem. Nie szukano jednak tym razem chętnych do biegania czy pływania ale chętnych panów do ogolenia się. Jeden miał ogolić głowę, drugi wąsy (które zresztą specjalnie na tą okazję zapuścił) a trzeci …. nogi. Chętni panowie zgłosili się, reszta współpracowników w między czasie robiła zrzutkę na ich odważne wystąpienie czyli sponsorowała ich. Pojawiła się u nas w pracy fryzjerko-kosmetyczka, maszynką ogoliła głowę jednemu panu oraz wąsy drugiemu a trzeciemu nogi depilowała woskiem…. Można było sobie wyobrazić ile przy tym było śmiechu nas widzów i okrzyków bólu wydawanych przez depilowanego pana.  U T. w pracy mieli raz miesiąc zapuszczania wąsów i większość panów je zapuszczała zbierając przy tym bodajże na leczenie raka prostaty. Mi osobiście bardziej podoba się taka forma zbiórek niż polskie zbieranie do puszek. Te irlandzkie akcje charytatywne sprawiają, że każdy o wiele bardziej się angażuje, zarówno sponsorujący i sponsorowani. A piszę o tym wszystkim teraz bo dowiedziałam się właśnie o kolejnej akcji charytatywnej, w ramach której ochotnicy zanurzają się na golasa w morzu lub oceanie (w zależności od miejsca akcji). Akcja nazywa się Dip in the Nip (click)  i odbyła się po raz pierwszy w 2008 gdy to 180 osób wskakując do wody uzbierało 56 tysięcy euro. Jednak to co przyciągnęło moją uwagę to to że 26 lutego w Galway odbył się pierwszy damsko męski Dip in The Nip. Nie muszę chyba dodawać, że na golasa… Ponad 100 osób najpierw rozgrzewało się przy zumbie, potem nastąpiło odliczanie:

na jeden odwracamy się w stronę oceanu

na dwa zrzucamy szlafrok

na trzy biegniemy

Poniższy filmik jest z zeszłorocznego Dip in The Nip w Sligo (tylko kobiety)

Moze Cie tez zainteresowac
też jedzonko boysband ciut inny mostek

Galway Girl

Dodaj komentarz

…And I ask you, friend, what’s a fella to do
‘Cause her hair was black and her eyes were blue
So I took her hand and I gave her a twirl
And I lost my heart to a Galway girl…


27-28.08.2009 miałam służbowy wyjazd do Galway. O tym co tam robiłam służbowo nie będę nudzić choć i też było wesoło i można by niezłą książkę o tym napisać. Ale na blogu nie o tym ;)
28.08 to był piątek i zamiast wracać do Dublina postanowiliśmy że Tomek do mnie dojedzie wieczorem po pracy i sobotę spędzimy w Galway. Przez Galway przejeżdżaliśmy już kiedyś jadąc z Inishmore (największej z wysp Aran ), jednak nie mieliśmy wtedy czasu go zwiedzić.

Irlandczycy, gdy skarżę się na pogodę w Dublinie, mówią mi że to w sumie jeszcze nic bo zachodnie wybrzeże czyli np. Galway to jest dopiero extreme! W sumie nie ma się co dziwić, gdyż Irlandia Zachodnia to pierwszy stały ląd dla wiatrów pędzących znad Atlantyku.
Już w czwartek po kilku godzinach w Galway, napisałam esemesa do Tomka „ten kto nie był w Galway nie wie co to prawdziwa irlandzka pogoda”. Co pół godziny całkowita zmiana pogody. Deszcz, ale taki jakby wiadrami polewano, po czym piękne czyste niebo i słonko. Jedyne co było stałe to okropny wiatr. W takim Galway nie ma najmniejszego sensu robić sobie ładnej fryzury przed wyjściem z domu.

Galway jest zwane „Miastem Czternastu Plemion” które „rządziły” Galway przez kilka wieków. (The City of the Tribes).
Dla mnie Galway to miasto muzyki i wiatru oraz irlandzkiej otwartości. Na każdym kroku na głównych deptakach jest bardzo dużo ludzi śpiewających, grających itp. I do tego dość często mają głośniki i grają na tych gitarach elektrycznych o 10 w nocy i nikomu to nie przeszkadza.


Otwartość mieszkańców Gaillimh objawiła się np wtedy gdy: staliśmy przed restauracją czytając menu, podszedł do nas miejscowy po kilku głębszych i powiedział że ta restauracja podniosła ceny i jest za droga oraz powiedział nam gdzie mamy szukać tańszej. A gdy mój szef zgubił portfel w jakimś pubie, na drugi dzień barmanka z jednego z pubów zadzwoniła z informacją że znalazła portfel – wizytówka szefa była w portfelu.

Pochodziliśmy z Tomkiem po Galway – ścisłym centrum oraz wzdłuż kanału w górę miast i z powrotem wzdłuż rzeki w dół miasta. Był to bardzo piękny spacer, urokliwe, spokojne miejsca i z powrotem do ścisłego centrum pełnego pubów i gwaru. Życie w Galway koncentruje się na kilku ulicach i tam też jest skoncentrowane jego piękno.

Oczywiście zawitaliśmy również do dzielnicy Claddagh zlokalizowanej nad ujściem rzeki Corrib do zatoki.


Swoją sławę i popularność dzielnica ta zawdzięcza pierścieniowi Claddagh. To tradycyjny pierścień irlandzki, wręczany na dowód przyjaźni, lub noszony jako pierścionek zaręczynowy bądź też obrączka.
(przedstawia dwie dłonie, trzymające serce w koronie. Serce ma symbolizować miłość, dłonie – przyjaźń, a korona – lojalność).

pierścień Claddagh (nie nasze zdjęcie)

.

.

.

.

.

.

Aaa i jeszcze kilka zdań o podróży powrotnej. Jako że ostatni pociąg powrotny z Galway do Dublina był o godz 15.05 (tak, to prawda) wracaliśmy wieczornym autobusem który jedzie bez przystanków do Dublina. Pierwsze pół godziny pan kierowca jadł wszystkie zapasy zimowe jakie miał ze sobą: kanapki, wafelki oraz pił napój z butelki. Kierował przy tym za pomocą łokci. My w tym czasie z Tomkiem obserwowaliśmy czujnie drogę na wszelki wypadek. ;) Miarka się przebrała gdy pan kierowca zaczął pisać esemesa. W tym momencie niestety musiałam zareagować. ;) Zaproponowałam mu że napiszę tego esemesa za niego a on w tym czasie może zająć się prowadzeniem autobusu. Cóż, nie skorzystał z propozycji, ale za to przestał esemesować a zaczął dzwonić (na szczęście miał zestaw głośnomówiący). Przez kolejne 2h obdzwonił wszystkich znajomych a ja dowiedziałam się co Katy powiedziała stojąc przy zlewie w kuchni oraz co Seamus zrobił gdy wypił drugie piwo w środę. Tak… zdecydowanie wyprawa do Galway była bardzo ciekawa ;)

Tytuł tego wpisu to tak naprawdę tytuł mojej ulubionej irlandzkiej piosenki, podaję linka do niej na YouTube. Gorąco polecam, radosna piosenka na zły dzień, niepogodę jak i śmiech Galway Girl by Sharon Shannon and Mundy



View Larger Map

.

Więcej zdjeć z Galway tutaj


View Larger Map
Moze Cie tez zainteresowac
Groby korytarzowe Jazz w Cork Limerick nocą