Strona główna

Newport czyli Kwakrzy, wozy na żelaznych kołach i śniadanie z dostawą..

Dodaj komentarz

Przez Newport przejeżdzałam kilka razy, a to jadąc na wyspę Achill czy też na ślub koleżanki, która pochodzi z Mayo. Już wtedy przy okazji tych przelotowych wizyt miasteczko wydało mi się dość interesujące. Dlatego też będąc na wakacjach w hrabstwie Mayo, postanowiliśmy zapoznać się bliżej z tym miasteczkiem.

Mało znane, ale urocze i pełne sympatycznych mieszkańców miasteczko, żyje spokojniej niż zabiegany Dublin. Pod koniec 18 wieku okoliczne zielone pola oraz rzeka umożliwiająca korzystanie z transportu wodnego urzekły pewnego kapitana na tyle, że postanowił w tym miejscu założyć miasteczko. Kapitan Pratt, bo o nim mowa, sprowadził nawet w te okolice Kwakrów planując, że założą oni i rozwiną biznes płócienny. Niestety, jego plan się nie powiódł i Kwakrzy opuścili miasteczko mniej więcej w latach trzydziestych 18 wieku. Jednak miasteczko miało szczęście do innego przedsiębiorcy – Jamesa Moora, który pomógł rozwijać handel i budownictwo. Już wtedy można było kupić w miasteczku importowane francuskie wino!

Smykałka do interesów i do dbania o tych, którzy wydają pieniądze pozostała w mieszkańcach Newport do dziś. Gdy późnym rankiem przyjechaliśmy do Newport mieliśmy ochotę na kawę i coś do tej kawy. Ponieważ zaparkowaliśmy w pobliżu pubu  The Grainne Uaile (czyli na cześć Królowej Piratów) postanowiliśmy w tymże pubie kupić kawę.  T udał się więc na zakupy a ja na niego czekałam na pobliskim placu zabaw. Po chwili T wrócił z kawą ale bez sconów czy danishy. Na moje pytanie czy nie mają nic śniadaniowego T odpowiedział, że robią własnie dla nas świeże scony i jak będą gotowe to przyniosą je nam na plac zabaw.. Po kilku minutach rzeczywiście przybiegła do nas barmanka z cieplutkimi, pachnącymi sconami. W Dublinie wszyscy się dziwili mojej opowieści, mówiąc że to charakterystyczne dla prowincji, podkreślając, że w Dublinie to co najwyżej rzuciliby mi te scony w kierunku placu zabaw :) Ponieważ scony były przepyszne a obsługa tak miła, wróciliśmy jeszcze do tego pubu poźnym popołudniem na lunch. Byliśmy zachwyceni jedzeniem i najlepszym chyba jakim do tej pory jadłam brownie. Przy okazji więc, zdecydowanie polecam ten pub wszystkim, którzy znajdą się w Newport.

To, że tambylcy są ogólnie bardzo mili, potwierdziło kilka przypadkowych osób, które chętnie ucinały sobie z nami pogawędkę dziwiąc się przy okazji, że przyjechaliśmy zobaczyć Newport. Wszyscy turyści przybywający do Mayo, jadą głównie na wyspę Achill więc nasza obecność była w sumie niejako pewnego rodzaju atrakcją. Porozmawialiśmy też chwilę z panem, który ma małą knajpkę z jedzeniem przy głównej ulicy. Interes przejął po Polce która wcześniej próbowała rozkręcić tam też jakąś gastronomię ale niestety nie powiodło się jej. Obecny właściciel mówi, że w sumie też nie było mu łatwo, ale odkąd całkiem niedawno otworzono nowy szlak rowerowy i pieszy Greenway ma zdecydowanie więcej klientów.

Nad rzeka Black Oak wznosi się kamienny wiadukt kolejowy stojący na trasie łączącej Westport z Achill Island, jeden z ostanich wiaduktów wybudowanych przez Railway Company. Wiadukt od około 80 lat jest już zamknięty dla ruchu kolejowego.  Brian Rua O’Cearbhain znany jako prorok z Erris jeszcze przed erą pociągów przepowiedział podobno, że ”The day will come when there will be iron wheels on fire carriages from the south and the north” czyli przybędę wozy na żelaznych kołach :) Legenda koloryzuje, że Brian dodał iż te wagony w trakcie swojej pierwszej i ostatniej podróży będę przewoziły ciała. W sumie przepowiednia się częściowo spełniła. (więcej tutaj)

Na wzniesieniu za drzewami chowa się 18 wieczny Newport House, który dziś jest hotelem.

Warto wspiąć się również na wzgórze na którym malowniczo położony jest kościół św. Patryka. Ze wzgórza rozpościerją się piekne widoki m.in. na góry Nephin.

Przespacerowaliśmy się po Newport jednym z kilku szlaków bodajże zwanym Purple Loop, ale teraz dokładnie nie pamiętam.  Trasa była dość ciekawa a w pewnym momencie prowadziła z górki na pazurki po dość podejrzanych chaszczach (chyba że niechcący zeszliśmy na manowce).


View Larger Map

 

Moze Cie tez zainteresowac
Lough Tay wybory prezydenckie sniadanie

Dzień Św. Patryka na świecie

3 komentarzy

O paradzie dublińskiej z okazji Dnia św. Patryka  czy też jak powiadają Irlandczycy Paddy’s Day, pisałam już kiedyś tutaj (click). Jednakże dzień ten świętowany jest również poza granicami Irlandii.

W wielu miastach Stanów Zjednoczonych odbywają się uliczne parady a irlandzkie puby przeżywają oblężenie i nagle każdy Amerykanin odkrywa w sobie choćby mały procent irlandzkich genów. Zresztą, podobno na całym świecie 80 milionów osób twierdzi, że ma irlandzkie korzenie.  Poza paradami, Amerykanie mają inne pomysły na celebrowanie 17 marca. W Chicago na kilka godzin farbują rzekę na zielono, fontanna przed Białym Domem również zmienia kolor na zielony tak jak również Empire State Building w Nowym Jorku.

Pośród innych znanych budowli i miejsc, które zazielenią się w tym dniu są Wodospady Niagara w Kanadzie czy London’s Eye w Anglii.

Oprócz widowiskowych sposobów świętowania, wiele krajów celebruje dzień patrona Irlandii poprzez parady oraz kilkudniowe i dłuższe tematyczne imprezy poświęcone Irlandii. I tak np we Florencji we Włoszech obchodzony jest tygodniowy festiwal Irlanda in Festa, a w Kuala Lumpur w Malezji mają zamiar świętować przez cały marzec. Wygląda na to że w niemal każdym kraju na świecie są potomkowie Irlandczyków i hucznie świętują ten dzień.

Największa parada odbywa się oczywiście w Nowym Jorku.  W Irlandii największa parada jest w Dublinie, za to na drugim miejscu pod względem liczby osób biorących udział w uroczystościach na zielonej wsypie jest miasto Downpatrick gdzie prawdopodobnie pochowany jest św. Patryk.

W tegorocznej dublińskiej paradzie mają podobno wziąć również udział Polacy i będą nawiązywać do Euro 2012. Ja tego nie zobaczę, nie będę szła na paradę z kilku powodów. Byłam raz i wystarczy – miasto jest pełne turystów. Pogoda zazwyczaj jest paskuda, albo zimno albo deszcz – każdy Dublińczyk powiada, że ocieplenie zawsze przychodzi po 17 marca. ;) A po trzecie – biorę annual leave i wyjeżdżam na tydzień :)

Po szczegóły tegorocznych obchodów Paddy’s Day odsyłam tutaj

A na koniec garść ciekawostek związanych z dniem św. Patryka:

  • codziennie wypijanych jest około 5,5 milionów pintów Guinnessa ale szacuje się, że w tym dniu na całym świecie wypija się około 13 milionów (można się również zadeklarować, że będzie się go piło i przy okazji pobijało światowy rekord by móc ogłosić ten dzień najbardziej przyjacielskim dniem na świecie tu (click)
  • pierwsza parada miała miejsce w Bostonie w 1736 roku a pierwsza w Dublinie dopiero w 1931 roku
  • 16 ministrów wybiera się na zagraniczne służbowe wojaże na dzień św. Patryka po to by promować Irlandię. Oczywiście większość społeczeństwa zmęczona recesją przyjmuje tą wiadomość z oburzeniem
  • miejscowość Dripsey w hrabstwie Cork miała najkrótszą paradę  – 23,4 metry pomiędzy dwoma pubami – The Weigh Inn a The Lee Valley.
  • dziś nad ranem gardai usunęli protestantów z Occupy Dame Street, którzy okupowali to miejsce od października. Względy bezpieczeństwa w trakcie zbliżającej się parady wzięły górę
  • w marcu wszędzie można kupić okolicznościowe koszulki typu “kiss me, I’m irish” itp no i w tym roku z tego pwodu  jest afera. Pewna amerykańska firma odzieżowa wypuściła linię ciuchów pod tytułem Drunk Vomiting Shamrock a w niej koszulki z napisem “kiss me i’m irish or drunk or whatever” i inne takie tym podobne ;)

Pozdrawiam i Happy Paddy’s Day.

 

Moze Cie tez zainteresowac
Japonia w Irlandii zamki na piasku ;) najromantyczniejszy irlandzki ogród

“Guiness Jazz Festival” w Cork

Dodaj komentarz

Październik obsypał tutejsze nieliczne drzewa złotem i miedzią a my z racji sprzyjających okoliczności postanowiliśmy odwiedzić Cork. W tym 120-tysięcznym mieście, drugim pod względem wielkości w republice, którego irlandzka nazwa Corcaigh oznacza trzęsawisko, miał właśnie zacząć się coroczny 4-dniowy Guiness Jazz Festival, czyli 120 występów przeróżnych jazz-bandów w 30 wybranych knajpkach, w większości za zupełną darmochę.

Dzień przed wyjazdem mieliśmy już mniej więcej gotowy plan zwiedzania i poruszania się pomiędzy nimi, tak, aby zobaczyć co ciekawsze zespoły (wcześniej oczywiście Kasia posprawdzała na last.fm jak daleko grana przez nie muzyka leży od jazzu, co uchroniło nas od słuchania country na żywo).

Kasia przyleciała do Cork dzień wcześniej, służbowo, koordynując spotkania irlandzkich firm-eksporterów z panelem doradców, co notabene jest bardzo ciekawym tematem, jednakże niekoniecznie na ten wpis. Po 20 minutach lotu (Kasia) lub 3 godzinach jazdy pociągiem (ja) spotkaliśmy się z Kasią wieczorem w nieco zamglonym Cork i przystąpiliśmy od razu do konsumpcji miejskiego centrum, czyli sporej wielkości wyspy znajdującej się pomiędzy południową i północną nitką rzeki Lee

Wspomniana wyspa tworzy miejskie centrum, którego nie powstydziłoby się żadne europejskie miasto, zadbane,  kolorowe, nowoczesne – w nienachalny sposób, z szerokimi alejami tętniącymi życiem oraz wąskimi kolorowo oświetlonymi uliczkami pełnymi knajpek, restauracji, kawiarni (rzadkość w Irlandii), równie zaludnionymi.

Troskę mieszkańców Cork o detal widać na spotykanych stylizacjach na ścianach w wąskich pasażach, doświetlonych punktowym kolorowym światłem, na wtopionych mozaikach w chodnikach. Odbijający się w w Lee budynek opery, galerie, reklamy festiwalu niedyskretnie eksponowane w zasięgu wzroku sprawiają iż miasto jest “kulturalne” co najmniej w dwojga znaczeniu tego słowa. Jednogłośnie zgodziliśmy się z Kasią iż jest to najbardziej europejskie miasto w Irlandii w jakim byliśmy. Nie ma w nim brudu, bylejakości dublińskiego centrum, nie ma też dublińskiej monotonności zabudowy. Małe, kolorowe domki, fantazyjnie poustawiane na wzgórzach okalających centrum przypominają raczej francuskie lub hiszpańskie urokliwe miasteczka, tak jak one, leżące w sporej odległości od stolic.

Kontemplując uroki miasta, trafiliśmy do pierwszego jazzowo-guinessowego punktu wieczornej wędrówki. Pijąc lagera zastanawialiśmy się dlaczego zespół “Jezzabell” gra lirycznego rocka który nota bene kupił nas swoim urokiem. Następny przystanek to położony 20 metrów dalej klub z kapelą grająca coś na kształt funky-jazz – świetne! Jako że koncerty zaplanowane na ten wieczór są góra 45-minutowe, dają słuchaczowi możliwość zobaczenia ich więcej, zamiast trzymać go oczarowanego w tym samym miejscu.

500 metrów dalej Mary Stokes i jej bluesowy zespół dawali czadu, który z jazzem znowu nie miał nic wspólnego, ale z dobrą muzyka jak najbardziej. Odlecieliśmy przy bluesowej wersji “Break on through to the other side”.

W momencie gdy ujrzałem puste dno mojego kufla kapela pożegnała się z publicznością i knajpa momentalnie opustoszała. Noc świeciła neonami, kiedy trzymając w ręku kawałki pizzy idąc na skróty łączące dwie najważniejsze ulice w centrum, Patrick Street i Grand Parade, stwierdziliśmy że jesteśmy o krok od przedawkowania emocji i przekraczając rzekę Lee pięknie oświetlonym mostem, ruszyliśmy w stronę pokrytego mgłą kościoła św. Anny na wzgórzu, obok którego mieścił się nasz hotel.

Nazajutrz, wczorajsza mgła opadła odsłaniając horyzont, co zapowiadało słoneczny sobotni dzień. Skierowaliśmy się w stronę portu w poszukiwaniu śniadania i chwilowo nasze apetyty stłumił potężny liniowiec wielkości 13-piętrowego przewróconego polskiego osiedlowego bloku. Fantastycznie wielki przyciągnął nas do siebie z daleka i potem z pustymi brzuchami musieliśmy wracać do centrum gdzie w przeciwieństwie do portu, znajdowała się setka knajpek serwujących późne śniadanie (wyjątkowo w czasie festiwalu można zjeść śniadanie niemalże w porze lunchu).

Miasto już dawno obudziło się (a może wcale nie poszło spać?) i po chwili w gęstniejącym tłumi ludzi odezwała się trąbka, potem druga,większa i po chwili cała 6-osobowa chodząca jazzowa kapela Szwedów (a może Finów) zaczęła maszerować chodnikiem w rytm skocznego swingowania. (krótki zapis na YouTube). Było bardzo wesoło i w pewnym momencie jeden z przechodniów zaczął tańczyć coś na kształt irlandzkiego tańca połączonego ze swingiem, tak że po chwili nie wiadomo, kto stanowił większą atrakcję.  Filmik do obejrzenia na You Tube. Żeby ich pogodzić, jak spod ziemi zjawiła się też rozdający wcześniej ulotki Myszka Miki i Kaczor Donald, którzy postanowili zaprezentować swoje zdolności taneczne.

A my ruszyliśmy dalej w stronę “Angielskiego Targu“, który nagle zapragnęliśmy przenieść do Dublina, albo jeszcze lepiej do Malahide. Nie tylko z powodu pana grającego na pianinie na targowym balkonie, ale z powodów czysto kulinarnych. Po raz pierwszy widzieliśmy tyyyyyle ryb, krabów, małż, kałamarnic i innych owoców morza w tym całą masę żywych, iż znów zaczęliśmy wierzyć iż Irlandia leży nad morzem (bądź oceanem – zależy z której strony patrzeć). Nieproporcjonalnie duża ilość stoisk z mięsem potwierdza po raz kolejny że Irlandczycy nie są stworzeni do bycia wegetarianami. Oczy cieszył widok osamotnionego stoiska z niezliczonymi rodzajami oliwek z całego świata, kaparów, marynowanych karczochów. Odnaleźliśmy polecany francuski “Zadek Świni” sprzedający fantastycznie przygotowane mięso (można próbować). Przyciągnęła nas też nieopodal wystawa z krainą serów . Wyszliśmy zanim nie było za późno i nie skusiliśmy się na chodzenie z reklamówkami pełnymi smakołyków przez resztę dnia :-)

Kolejnymi przystankami była katedra St. Fin Barre , piękna i dająca możliwość zobaczenia każdego jej miejsca, mnie osobiście zafascynował mechanizm organów-piszczałek umieszczony w podłodze, napędzany sprężonym powietrzem, Kasia częściowo podzielając moje zainteresowanie skupiła się raczej na pozostałych walorach wnętrza.

Spacerując po wzgórzach wąskimi uliczkami, chodząc na skróty jeszcze węższymi, trafiliśmy do kolejnych perełek,między innymi “Butter museum;-) którego co prawda nie zwiedziliśmy, ale który oferował ciekawe czarno-białe malowidła ścienne o nieokreślanej tematyce. Zaraz obok stoi wspomniany wcześniej kościół Św. Anny oraz kolejna katedra o bardzo nowoczesnym wnętrzu i niemalże disnejowskimi witrażami, której nie ma na żadnej z ulotek.

Syty obiad zjedliśmy w jednej z restauracji na wyspie a na zakończenie dnia i jednocześnie pobytu w Cork, zawitaliśmy do jednego z pubów na ostatniego pinta “Black Stuff” oraz świetny występ Irlandzko-Słowackiego bandu “” który potwierdziła iż faktycznie bierzemy udział w “Jazz Festival“. Tak więc z “Guinness Jazz Festival”, odnaleźliśmy wszystkie z tych składników i z całą pewnością chcemy tam jeszcze kiedyś wrócić. Grzechem byłoby nie wspomnieć iż jest to miasto narodzin i warzenia stouta “Murphy’s” oraz “Beamish”, grzechem też było nie spróbowanie ich w lokalnych pubach. Podziwiając swoją siłę przyzwyczajeń obiecuję sobie iż kolejna zamówiona kwinta stouta w Dublinie pochodzić będzie z “the banks of my own lovely Lee”

(Post gościnny napisany przez Tomka)

View Larger Map

Moze Cie tez zainteresowac
Galway Glendalough Harfa, koniczyna, kolor…

Irlandia inaczej, II

2 komentarzy

Park Stephen’s Green w czasie przerwy na lunch


Malahide – czyli tam gdzie mieszkamy

Dodaj komentarz

Dzielnica (a raczej miejscowość nadmorska) w której mieszkamy my i np. The Edge z U2. :)
Irlandzka nazwa Malahide to Mullach Ide i znaczy wydmy Hydes. Hydes to normański ród który zamieszkiwał pobliską wioseczkę Donabate.

Odkąd dojeżdża tu pociąg podmiejski Malahide stało się nadmorską atrakcją turystyczną i wioseczką rezydencką osób pracujących w centrum Dublina. Czemu się tak dobrze tu mieszka i przyjeżdża dużo turystów?

Mamy duży park z zamkiem. Zamek oprócz standardowego zwiedzania oferuje również wystawą kolejek i lalek – coś i dla chłopców i dla dziewczynek. Ponadto, na błoniach przy zamku odbywają się czasem koncerty – niezwykła sceneria. Sami byliśmy na koncercie Radiohead tutaj (gdy jeszcze mieszkaliśmy w centrum).

W parku jest ścieżka zdrowia z różnym „przyrządami” oraz plac zabaw dla dzieci (podobno najlepszy w Dublinie). Park zajmuje w sumie 109 hektarów więc jest po czym spacerować. Są tam 3 pola golfowe, korty tenisowe, boisko do krykieta boisko do rugby i bardzo dużo boisk piłkarskich. Za każdym razem jak tam jesteśmy widzimy ludzi grających w golfa, piłkę nożną itp.

Jest klub jachtowy i przystań dla jachtów i motorówek tzw Marina zaraz przy naszym osiedlu. Stąd też nazwa naszego osiedla Marina Village. Ze swojego patio widzimy tą przystań, jak się wychylimy. ;) Deptak od przystani jest od naszych domków oddzielony płotkiem tak więc turyści i spacerowicze nie kręcą się nam między domkami. Aby naszemu osiedlu dodać bardziej nadmorski klimat mamy w drzwiach witraże z łódkami, słupki na chodniku mają wyrzeźbione jachty i jeszcze kilka innych morskich dodatków. No i do tego plaża….żeby tylko jeszcze był klimat śródziemnomorski.

Malahide jest pełne uroku i kolorowych małych uliczek. Dość sporo jest też tutaj restauracji i kafejek – ludzie z centrum lubią przyjeżdżać do Malahide do restauracji lub na spacery. Mamy również liczne (drogie!) butiki w których jak się trafi na przecenę można kupić okazyjnie sukienkę za trzysta euro. (he he)

Malahide jeśli chodzi o kupno i wynajem mieszkań jest jedną z najdroższych dzielnic Dublina o ile nie najdroższą, nam się udało bo akurat rok temu gdy szukaliśmy mieszkania w dzielnicy nadmorskiej (nie marząc o Malahide) ceny w Malahide, w związku z recesją, ostro zaczęły spadać i okazało się że wynajem na Malahide kosztował nas wtedy tylko ciut drożej od dotychczasowego mieszkania w centrum.

Mieszka się nam tutaj bardzo dobrze. Można tu chodzić na spacery po parku, po plaży. Fajnie jest jak jest odpływ to można iść bardzo hen hen w morze i zbierać muszelki. Można jeździć na rowerze, pływać na kajaku lub jachcie (klub jachtowy ze specjalną szkółką dl dzieci). Jest bardzo dużo możliwości czynnego odpoczynku. Zawsze jak przyjeżdżamy po pracy do domu mamy wrażenie że jesteśmy na wakacjach w nowoczesnej wioseczce nadmorskiej. No bo w sumie tak jest.. :)
Zapraszamy do nas..

pod-irlandzką-strzechą


View Larger Map
Moze Cie tez zainteresowac
wybrzeze Rossbehy Piccadilly Circus ogrody botaniczne

Starsze wpisy