Strona główna

Newport czyli Kwakrzy, wozy na żelaznych kołach i śniadanie z dostawą..

Dodaj komentarz

Przez Newport przejeżdzałam kilka razy, a to jadąc na wyspę Achill czy też na ślub koleżanki, która pochodzi z Mayo. Już wtedy przy okazji tych przelotowych wizyt miasteczko wydało mi się dość interesujące. Dlatego też będąc na wakacjach w hrabstwie Mayo, postanowiliśmy zapoznać się bliżej z tym miasteczkiem.

Mało znane, ale urocze i pełne sympatycznych mieszkańców miasteczko, żyje spokojniej niż zabiegany Dublin. Pod koniec 18 wieku okoliczne zielone pola oraz rzeka umożliwiająca korzystanie z transportu wodnego urzekły pewnego kapitana na tyle, że postanowił w tym miejscu założyć miasteczko. Kapitan Pratt, bo o nim mowa, sprowadził nawet w te okolice Kwakrów planując, że założą oni i rozwiną biznes płócienny. Niestety, jego plan się nie powiódł i Kwakrzy opuścili miasteczko mniej więcej w latach trzydziestych 18 wieku. Jednak miasteczko miało szczęście do innego przedsiębiorcy – Jamesa Moora, który pomógł rozwijać handel i budownictwo. Już wtedy można było kupić w miasteczku importowane francuskie wino!

Smykałka do interesów i do dbania o tych, którzy wydają pieniądze pozostała w mieszkańcach Newport do dziś. Gdy późnym rankiem przyjechaliśmy do Newport mieliśmy ochotę na kawę i coś do tej kawy. Ponieważ zaparkowaliśmy w pobliżu pubu  The Grainne Uaile (czyli na cześć Królowej Piratów) postanowiliśmy w tymże pubie kupić kawę.  T udał się więc na zakupy a ja na niego czekałam na pobliskim placu zabaw. Po chwili T wrócił z kawą ale bez sconów czy danishy. Na moje pytanie czy nie mają nic śniadaniowego T odpowiedział, że robią własnie dla nas świeże scony i jak będą gotowe to przyniosą je nam na plac zabaw.. Po kilku minutach rzeczywiście przybiegła do nas barmanka z cieplutkimi, pachnącymi sconami. W Dublinie wszyscy się dziwili mojej opowieści, mówiąc że to charakterystyczne dla prowincji, podkreślając, że w Dublinie to co najwyżej rzuciliby mi te scony w kierunku placu zabaw :) Ponieważ scony były przepyszne a obsługa tak miła, wróciliśmy jeszcze do tego pubu poźnym popołudniem na lunch. Byliśmy zachwyceni jedzeniem i najlepszym chyba jakim do tej pory jadłam brownie. Przy okazji więc, zdecydowanie polecam ten pub wszystkim, którzy znajdą się w Newport.

To, że tambylcy są ogólnie bardzo mili, potwierdziło kilka przypadkowych osób, które chętnie ucinały sobie z nami pogawędkę dziwiąc się przy okazji, że przyjechaliśmy zobaczyć Newport. Wszyscy turyści przybywający do Mayo, jadą głównie na wyspę Achill więc nasza obecność była w sumie niejako pewnego rodzaju atrakcją. Porozmawialiśmy też chwilę z panem, który ma małą knajpkę z jedzeniem przy głównej ulicy. Interes przejął po Polce która wcześniej próbowała rozkręcić tam też jakąś gastronomię ale niestety nie powiodło się jej. Obecny właściciel mówi, że w sumie też nie było mu łatwo, ale odkąd całkiem niedawno otworzono nowy szlak rowerowy i pieszy Greenway ma zdecydowanie więcej klientów.

Nad rzeka Black Oak wznosi się kamienny wiadukt kolejowy stojący na trasie łączącej Westport z Achill Island, jeden z ostanich wiaduktów wybudowanych przez Railway Company. Wiadukt od około 80 lat jest już zamknięty dla ruchu kolejowego.  Brian Rua O’Cearbhain znany jako prorok z Erris jeszcze przed erą pociągów przepowiedział podobno, że ”The day will come when there will be iron wheels on fire carriages from the south and the north” czyli przybędę wozy na żelaznych kołach :) Legenda koloryzuje, że Brian dodał iż te wagony w trakcie swojej pierwszej i ostatniej podróży będę przewoziły ciała. W sumie przepowiednia się częściowo spełniła. (więcej tutaj)

Na wzniesieniu za drzewami chowa się 18 wieczny Newport House, który dziś jest hotelem.

Warto wspiąć się również na wzgórze na którym malowniczo położony jest kościół św. Patryka. Ze wzgórza rozpościerją się piekne widoki m.in. na góry Nephin.

Przespacerowaliśmy się po Newport jednym z kilku szlaków bodajże zwanym Purple Loop, ale teraz dokładnie nie pamiętam.  Trasa była dość ciekawa a w pewnym momencie prowadziła z górki na pazurki po dość podejrzanych chaszczach (chyba że niechcący zeszliśmy na manowce).


View Larger Map

 

Moze Cie tez zainteresowac
Lough Tay wybory prezydenckie sniadanie

Segovia, Hiszpania

3 komentarzy

 

Mokro, szaro-buro w Irlandii nastraja na wspomnienia pewnego niedzielnego dnia spędzonego z Moniką i Javierem w Hiszpanii, w której mieszkają. Dzień wcześniej nasi gospodarze zapowiedzieli poranną pobudkę aby zdążyć na wczesny pociąg do Segovii.

Podróż trwała około godziny, super szybkim i wygodnym pociągiem :) . Wizytę w Segovii zaczęliśmy od śniadania – regionalna pyszność, którą sobie teraz często serwujemy: pomidory bez skórki, posiekane i podane na bagietce podsmażonej na oliwie i do tego polane również oliwą. Jakie to pyszne!

Segovia to urocze miasteczko pełne zabytków – średniowieczny akwedukt, kościoły i zamek Alkazar. Ale również Segovia to idealne miejsce dla mięsożerców. Specjałem miasteczka są młode, pieczone prosięta, które nie porcjuje się nożem tylko talerzem. Jeśli prosię jest rzeczywiście młode i odpowiednio upieczone, powinno się bez problemu rozpaść na kilka porcji, jeśli przepołowi się je energicznie talerzem. To wszystko opowiadał nam Javier, bardzo się przy tym poświecając gdyż jest weganem i gorącym orędownikiem organicznej żywności.

Kamienny Akwedukt w Segovii, który jest zbudowany bez użycia żadnego spoiwa, jest jednym z najpiękniejszych zabytków rzymskich w Europie. Jest symbolem miasta oraz podobno najczęściej odwiedzanym i fotografowanym miejscem w Segovii. Akwedukt został wybudowany aby dostarczać wodę do miasteczka z rzeki Frio położonej 16km od Segovii. Tutaj Javier po raz kolejny uraczył nas lokalną legendą związaną z powstaniem akweduktu. Młoda dziewczyna zmęczona noszeniem wody, poprosiła diabła o wybudowanie akweduktu w zamian za swą duszę. Diabeł miał ukończyć pracę w ciągu jednej nocy i zdążyć przed pierwszym pianiem kura. Gdy kur zapiał, diabłu zabrakło jednego kamienia aby ukończyć budowę. W ten sposób dziewczyna zachowała swą duszę a miasteczko wodę. Na pamiątkę tej legendy wstawiono figurę Matki Boskiej na murze akweduktu (w miejsce brakującego kamienia).

Pokręciliśmy się przy akwedukcie, starożytnych ulicach i dotarliśmy do pocztówkowego ryneczku przy którym znajduje się katedra. Budowla ta jest szczególnie piękna z zewnątrz, jak też o zachodzie słońca, gdyż przybiera wtedy intensywny złoty kolor.

Po zachwytach nad katedrą nasz główny przewodnik czyli Javier zarządził przerwę na aperitif. Wspaniałe uczucie – tak siedzieć sobie na rynku zabytkowego miasteczka ze szklaneczką winka i przekąską. Przy okazji mieliśmy możliwość poobserwować tambylców jak elegancko ubrani udają się na niedzielny spacer. W szczególności pięknie były ubrane dzieci. Monika wyjaśniła nam, że Hiszpanie uwielbiają stroić swoje dzieci i lekką ręką wydają grube pieniądze na dziecięce ciuchy.

Po aperitifie przyszedł czas na zwiedzenie zamku Alcazar. Gdy zamek wyłonił się z oddali, na chwilę zaniemówiliśmy – wydał nam się podejrzanie znajomy. Javier czekał na taką naszą reakcję i się bardzo ucieszył że rozpoznaliśmy …iż zamek wygląda jak zamek z logo Disneya. Disney zauroczony zamkiem w Segovii wzorował na nim zamki w swoich kreskówkach aż zamek Alcazar stał się disnejowskim logo. Widoki z zamku zapierały dech w piersiach a już w szczególności widok całego miasteczka z ośnieżonymi szczytami górskimi w tle. Po kolejnej uczcie dla ducha znów udaliśmy się na ucztę dla ciała. Pyszny obiad w restauracji wegetariańskiej był niebiańskim zamknięciem dnia. To znaczy tak myśleliśmy, ale okazało się że to jeszcze nie koniec naszej wycieczki.

Wyruszyliśmy na długi spacer mało znanym ścieżkami Segovii, wzdłuż rzeki, delektując się malowniczą scenerią w promieniach zachodzącego słońca. Gdy dotarliśmy z powrotem do centrum już zapadał wieczór, więc Javier wybrał lokalną cukiernię na miejsce na podwieczorek. Hiszpańskie smakołyki i gorąca czekolada.

Gdyż wyszliśmy z powrotem na rynek po czekoladowej uczcie, na dworze było już ciemno. Oświetlona katedra żegnała nas grą światła i cieni. Także rynek jak i uliczki wiodące na przystanek miały inne oblicze niż za dnia. Tajemnicze ale i ciepłe w świetle latarni ulicznych.

Smutno było się żegnać z bajkową Segovią, ale w sumie wracaliśmy do Madrytu. Ten dzień był wspaniały – nie dość że spędzony z przyjaciółmi, w pięknym hiszpańskim miasteczku to jeszcze pełen lokalnych pyszności. Po przyjeździe do Madrytu, Javier, nasz kulinarny guru, zarządził czas kolacji. Poszliśmy do lokalnej knajpki, do której jako turyści zapewne byśmy nie trafili. Zamówiliśmy różne tapas, czyli tak zwane przekąski. Jedną z tych przekąsek był talerz zielonych papryczek. Wyzwanie polega na tym że można natrafić na bardzo ostrą papryczkę ale nigdy nie wiadomo..jedliśmy więc bardzo ostrożnie. Kelnerzy – panowie w średnim wieku byli bardzo sympatyczni i swojscy. Po złożeniu zamówienia, kelner nie ruszywszy się z miejsca wykrzyczał głośno do baru nasze zamówienie. W sumie mogliśmy sami krzyknąć do baru co chcemy..no, ale pewnie klient nie może krzyczeć.  :) Lokalny klimat tej knajpki bardzo nam się podobał. Monia powiedziała nam że odkąd zamieszkała w Madrycie, panowie kelnerzy są wciąż ci sami, a to już w sumie chyba 13 lat?

Hmm, ale to wciąż nie był koniec dnia. Po wesołym barze z tapas Monia przekonała Javiera żebyśmy wstąpili jeszcze na drinka do hawajskiej knajpki. Na ostrzeżenie Monia powiedziała że knajpka jest kiczowata ale wesoła. I tak było…na początek Monia i ja dostałyśmy od kelnera niby hawajski łańcuch kwiatów do powieszenia na szyi. A potem się zaczęło. Zamówiony przez nas drink to był wulkan – serwowany w naczyniu które wyglądało jak wulkan, dymiło jak wulkan, na szczęście nie wybuchło jak wulkan. Do tego oczywiście przeróżne tapas. Nie pamiętam co tam jeszcze się działo, pamiętam tylko że wracałyśmy do domu z Monią chichotając cały czas. Nie pamiętam również czy Javier i Tomek byli w stanie zachować powagę..

To był dzień!!!!

Więcej zdjęć z Segovii tutaj
View Larger Map

Moze Cie tez zainteresowac
Paryż II Provins Zamek Ardgillan

“Guiness Jazz Festival” w Cork

Dodaj komentarz

Październik obsypał tutejsze nieliczne drzewa złotem i miedzią a my z racji sprzyjających okoliczności postanowiliśmy odwiedzić Cork. W tym 120-tysięcznym mieście, drugim pod względem wielkości w republice, którego irlandzka nazwa Corcaigh oznacza trzęsawisko, miał właśnie zacząć się coroczny 4-dniowy Guiness Jazz Festival, czyli 120 występów przeróżnych jazz-bandów w 30 wybranych knajpkach, w większości za zupełną darmochę.

Dzień przed wyjazdem mieliśmy już mniej więcej gotowy plan zwiedzania i poruszania się pomiędzy nimi, tak, aby zobaczyć co ciekawsze zespoły (wcześniej oczywiście Kasia posprawdzała na last.fm jak daleko grana przez nie muzyka leży od jazzu, co uchroniło nas od słuchania country na żywo).

Kasia przyleciała do Cork dzień wcześniej, służbowo, koordynując spotkania irlandzkich firm-eksporterów z panelem doradców, co notabene jest bardzo ciekawym tematem, jednakże niekoniecznie na ten wpis. Po 20 minutach lotu (Kasia) lub 3 godzinach jazdy pociągiem (ja) spotkaliśmy się z Kasią wieczorem w nieco zamglonym Cork i przystąpiliśmy od razu do konsumpcji miejskiego centrum, czyli sporej wielkości wyspy znajdującej się pomiędzy południową i północną nitką rzeki Lee

Wspomniana wyspa tworzy miejskie centrum, którego nie powstydziłoby się żadne europejskie miasto, zadbane,  kolorowe, nowoczesne – w nienachalny sposób, z szerokimi alejami tętniącymi życiem oraz wąskimi kolorowo oświetlonymi uliczkami pełnymi knajpek, restauracji, kawiarni (rzadkość w Irlandii), równie zaludnionymi.

Troskę mieszkańców Cork o detal widać na spotykanych stylizacjach na ścianach w wąskich pasażach, doświetlonych punktowym kolorowym światłem, na wtopionych mozaikach w chodnikach. Odbijający się w w Lee budynek opery, galerie, reklamy festiwalu niedyskretnie eksponowane w zasięgu wzroku sprawiają iż miasto jest “kulturalne” co najmniej w dwojga znaczeniu tego słowa. Jednogłośnie zgodziliśmy się z Kasią iż jest to najbardziej europejskie miasto w Irlandii w jakim byliśmy. Nie ma w nim brudu, bylejakości dublińskiego centrum, nie ma też dublińskiej monotonności zabudowy. Małe, kolorowe domki, fantazyjnie poustawiane na wzgórzach okalających centrum przypominają raczej francuskie lub hiszpańskie urokliwe miasteczka, tak jak one, leżące w sporej odległości od stolic.

Kontemplując uroki miasta, trafiliśmy do pierwszego jazzowo-guinessowego punktu wieczornej wędrówki. Pijąc lagera zastanawialiśmy się dlaczego zespół “Jezzabell” gra lirycznego rocka który nota bene kupił nas swoim urokiem. Następny przystanek to położony 20 metrów dalej klub z kapelą grająca coś na kształt funky-jazz – świetne! Jako że koncerty zaplanowane na ten wieczór są góra 45-minutowe, dają słuchaczowi możliwość zobaczenia ich więcej, zamiast trzymać go oczarowanego w tym samym miejscu.

500 metrów dalej Mary Stokes i jej bluesowy zespół dawali czadu, który z jazzem znowu nie miał nic wspólnego, ale z dobrą muzyka jak najbardziej. Odlecieliśmy przy bluesowej wersji “Break on through to the other side”.

W momencie gdy ujrzałem puste dno mojego kufla kapela pożegnała się z publicznością i knajpa momentalnie opustoszała. Noc świeciła neonami, kiedy trzymając w ręku kawałki pizzy idąc na skróty łączące dwie najważniejsze ulice w centrum, Patrick Street i Grand Parade, stwierdziliśmy że jesteśmy o krok od przedawkowania emocji i przekraczając rzekę Lee pięknie oświetlonym mostem, ruszyliśmy w stronę pokrytego mgłą kościoła św. Anny na wzgórzu, obok którego mieścił się nasz hotel.

Nazajutrz, wczorajsza mgła opadła odsłaniając horyzont, co zapowiadało słoneczny sobotni dzień. Skierowaliśmy się w stronę portu w poszukiwaniu śniadania i chwilowo nasze apetyty stłumił potężny liniowiec wielkości 13-piętrowego przewróconego polskiego osiedlowego bloku. Fantastycznie wielki przyciągnął nas do siebie z daleka i potem z pustymi brzuchami musieliśmy wracać do centrum gdzie w przeciwieństwie do portu, znajdowała się setka knajpek serwujących późne śniadanie (wyjątkowo w czasie festiwalu można zjeść śniadanie niemalże w porze lunchu).

Miasto już dawno obudziło się (a może wcale nie poszło spać?) i po chwili w gęstniejącym tłumi ludzi odezwała się trąbka, potem druga,większa i po chwili cała 6-osobowa chodząca jazzowa kapela Szwedów (a może Finów) zaczęła maszerować chodnikiem w rytm skocznego swingowania. (krótki zapis na YouTube). Było bardzo wesoło i w pewnym momencie jeden z przechodniów zaczął tańczyć coś na kształt irlandzkiego tańca połączonego ze swingiem, tak że po chwili nie wiadomo, kto stanowił większą atrakcję.  Filmik do obejrzenia na You Tube. Żeby ich pogodzić, jak spod ziemi zjawiła się też rozdający wcześniej ulotki Myszka Miki i Kaczor Donald, którzy postanowili zaprezentować swoje zdolności taneczne.

A my ruszyliśmy dalej w stronę “Angielskiego Targu“, który nagle zapragnęliśmy przenieść do Dublina, albo jeszcze lepiej do Malahide. Nie tylko z powodu pana grającego na pianinie na targowym balkonie, ale z powodów czysto kulinarnych. Po raz pierwszy widzieliśmy tyyyyyle ryb, krabów, małż, kałamarnic i innych owoców morza w tym całą masę żywych, iż znów zaczęliśmy wierzyć iż Irlandia leży nad morzem (bądź oceanem – zależy z której strony patrzeć). Nieproporcjonalnie duża ilość stoisk z mięsem potwierdza po raz kolejny że Irlandczycy nie są stworzeni do bycia wegetarianami. Oczy cieszył widok osamotnionego stoiska z niezliczonymi rodzajami oliwek z całego świata, kaparów, marynowanych karczochów. Odnaleźliśmy polecany francuski “Zadek Świni” sprzedający fantastycznie przygotowane mięso (można próbować). Przyciągnęła nas też nieopodal wystawa z krainą serów . Wyszliśmy zanim nie było za późno i nie skusiliśmy się na chodzenie z reklamówkami pełnymi smakołyków przez resztę dnia :-)

Kolejnymi przystankami była katedra St. Fin Barre , piękna i dająca możliwość zobaczenia każdego jej miejsca, mnie osobiście zafascynował mechanizm organów-piszczałek umieszczony w podłodze, napędzany sprężonym powietrzem, Kasia częściowo podzielając moje zainteresowanie skupiła się raczej na pozostałych walorach wnętrza.

Spacerując po wzgórzach wąskimi uliczkami, chodząc na skróty jeszcze węższymi, trafiliśmy do kolejnych perełek,między innymi “Butter museum;-) którego co prawda nie zwiedziliśmy, ale który oferował ciekawe czarno-białe malowidła ścienne o nieokreślanej tematyce. Zaraz obok stoi wspomniany wcześniej kościół Św. Anny oraz kolejna katedra o bardzo nowoczesnym wnętrzu i niemalże disnejowskimi witrażami, której nie ma na żadnej z ulotek.

Syty obiad zjedliśmy w jednej z restauracji na wyspie a na zakończenie dnia i jednocześnie pobytu w Cork, zawitaliśmy do jednego z pubów na ostatniego pinta “Black Stuff” oraz świetny występ Irlandzko-Słowackiego bandu “” który potwierdziła iż faktycznie bierzemy udział w “Jazz Festival“. Tak więc z “Guinness Jazz Festival”, odnaleźliśmy wszystkie z tych składników i z całą pewnością chcemy tam jeszcze kiedyś wrócić. Grzechem byłoby nie wspomnieć iż jest to miasto narodzin i warzenia stouta “Murphy’s” oraz “Beamish”, grzechem też było nie spróbowanie ich w lokalnych pubach. Podziwiając swoją siłę przyzwyczajeń obiecuję sobie iż kolejna zamówiona kwinta stouta w Dublinie pochodzić będzie z “the banks of my own lovely Lee”

(Post gościnny napisany przez Tomka)

View Larger Map

Moze Cie tez zainteresowac
Galway Glendalough Harfa, koniczyna, kolor…

Paryż a raczej Provins, dzień IV

Dodaj komentarz

Dzień IV – Spędzony w większości poza Paryżem.

11 sierpnia to nasza II rocznica ślubu. Chcieliśmy ją spędzić gdzieś poza zgiełkiem Paryża i wybraliśmy się do urokliwego miasteczka Provins

Miasteczko jest czarodziejskie i dzięki świetnie zachowanej średniowiecznej zabudowie, znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Do miasteczka jedzie się ponad godzinę pociągiem z Paryża. Stacja oraz  informacja turystyczna znajdują się na drugim końcu miasteczka. Na szczęście miasteczko ma bardzo dobrą stronę internetową na której to znaleźliśmy mapę z atrakcjami turystycznymi mogliśmy więc spokojnie sobie zwiedzać bez wsparcia IT.

Piękne rzeczy do zobaczenia:

  1. kościół świętego Ayoul  – z XI wieku
  2. Dzwonnica Notre-Dame-du-Val
  3. kościół św. Krzyża
  4. Plac du Chatel
  5. kościół Saint-Quiriace Collegiate
  6. Wieża Cezara
  7. Mury Obronne i Wieże
  8. i mnóstwo innych średniowiecznych zabudowań, łącznie z domami w których ludzie mieszkają do dziś
  9. Różany ogród

Znów się nachodziliśmy sporo, ale nie narzekaliśmy. Czuliśmy się jak w bajce. Cudnie średniowiecznie wokół, w miejscach turystycznych ludzie ubrani w szaty średniowieczne, sklepiki pełne pachnących, kolorowych przypraw…nawet spotkałam małą księżniczkę spacerującą po ulicy (na zdjęciu powyżej)

Oprócz średniowiecznej atmosfery Provins promuje się dzięki swoim ogrodom różanym i różnym wyrobom z tychże róż. Można więc nabyć cukierki różane, wino różane, jakiś słodkie różane przysmaki (zdjęcie poniżej) nalewki a nawet różaną musztardę. Ja za to zjadłam naleśnika na słodko z różaną konfiturą.

Naleśniki w Provins (a może w całej Francji) to też osobny temat. Na lunch zjedliśmy dwa naleśniki – jeden typowo obiadowy, drugi deserowy czyli na słodko. Ten na słodko był z takiego ciasta jak my znamy czyli na bazie mąki pszennej. Natomiast ten obiadowy był zrobione na mące jęczmiennej. Bardzo ciekawie smakował i chyba czasem pokusimy się zrobić takie naleśniki w domu.

Zbliżał się wieczór ale bajka jeszcze się nie skończyła. Przecież to nasza rocznica! Wróciliśmy do Paryża i po szybkim odświeżeniu się poszliśmy na zaplanowaną, romantyczną kolację do restauracji na Champs-Elysees..

Zamówiliśmy wino i Tomek wziął się na odwagę i poprosił ślimaki na przystawkę. Ja za to spokojnie zamówiłam francuską zupę cebulową. Na danie główne Tomek poprosił coś typowo francuskiego. Ja natomiast kurczaka z makaronem. I oto z czego się składało typowo francuskie danie Tomka:

  • Kiszona kapusta na ciepło (coś jak w naszym kapuśniaku)
  • Kaszanka
  • Golonko
  • Smażone ziemniaki
  • Parówka drobiowa (jak polska)
  • Kiełbaska typu churizo

Za to mój francuski kurczak to było udko ugotowane (jak z rosołu) a podany do niego makaron był taki jak nasz rosołowy. Ale mieliśmy ubaw na tej bardzo francuskiej kolacji. Na dodatek szef sali nakładając Tomkowi danie na talerz oblał Jego spodnie gorącym wywarem kapuścianym. ;) Ale zachował się w pełni profesjonalnie ;) – nakrzyczał (!) na innego kelnera że ma przynieść gorącą wodę i oczyścił spodnie Tomka, po kilku chwilach nie było widać żadnej plamy. Ponadto dostaliśmy szampana gratis w ramach przeprosin. Więc w sumie nie skarżymy się.

Jednakże nasze dania, w porównaniu do dania Francuzów siedzących obok, nie były niczym nadzwyczajnym. Pan zamówił na przystawkę ślimaki. Ale nie takie jak Tomek – winniczki tylko takie morskie. To były takie małe pozwijane muszle jaki znajdujemy u nas nad morzem w Malahide. Miał ich całe mnóstwo i te muszle były różno-kolorowe. Ślimaki te były podane na półmisku z lodem. Natomiast wybór Francuzki siedzącej obok pobił wszystkie dania świata. Na danie główne pani zamówiła….serce. Było podane takie wielkie z widocznymi żyłami odchodzącymi od niego. To było traumatyczne przeżycie. A ta pani była taka malutka, filigranowa i jadła to serce ze smakiem. Ogólnie miałam wrażenie że ta para Francuzów dobrze się bawiła naszą reakcją i specjalnie zamówiła te dania żeby „zaszokować trochę cudzoziemców”. Bo co najlepsze tych dań nie było w menu. Jak pan jadł te morskie ślimaki widział nasze miny. I pewnie wtedy sobie mówili „zobaczysz jakie miny zrobią jak zobaczą serce”. Niestety, nie zrobiłam im zdjęć bo uważałam to za mega obciach, ale teraz żałuję. Wrzuciłabym to serce tutaj jako zdjęcie główne!


View Larger Map
Moze Cie tez zainteresowac
Paryż I Paryż II Paryż III

Paryż, dzień III

Dodaj komentarz


Dzień trzeci w Paryżu

Miał się zacząć od Muzeum D’Orsay. Po przybyciu na miejsce okazało się że w poniedziałki jest nieczynne, pomimo że sprawdzaliśmy na necie i nic nie było o tym mowy. No cóż, ruszyliśmy dalej naszą bardzo turystyczna trasą:

1. most Aleksandra III
2. Mały Pałac (Petit Palais)
3. Duży Pałac (Grand Palais)
4. Aleja Pól Elizejskich (Avenue des Champs-Elysees)
5. Łuk Triumfalny
6. Wieża Eiffla
7. Pałac Inwalidów
8. dzielnica Montmarte

wiem, wiem. Strasznie dużo jak na jeden dzień. Pewnie gdyby muzeum D’Orsay byłoby czynne, nie wyrobilibyśmy się z tym wszystkim.
Słońce pięknie nas grzało a my biegaliśmy od miejsca do miejsca.


Ciekawostki:
Łuk Triumfalny zmienia kolor w zależności od tego jak/czy słońce go oświetla (tak jak na zdjęciu poniżej)
• Metalowa konstrukcja Grand Palais podtrzymująca szklany dach waży podobno więcej niż Wieża Eiffla!!!
• Czekanie w kolejce na wieżę Eiffla w szczycie turystycznym trwa prawie 2h, kolejka do toalety jest prawie taka sama
• Anglik który stara się mówić po francusku, w kafejce i tak kupuje muffinki i coca-colę ;)
• Francuzi (prywatnie) nie tolerują aby muzułmanki nosiły chusty. Podsłuchałam rozmowę Francuza z kumplem obcokrajowcem…oj dosadnie było..
• Gdyby nie tłumy turystów, Montmarte byłby najbardziej czarownym miejscem Paryża
• Lunch w podobno najdroższej dzielnicy Paryża i tak jest tańszy niż w Dublinie


Poza tym mamy nowych znajomych w Paryżu. Tym razem nie poszliśmy z nimi na kawę ale na wódkę… Ale to ich pomysł!
Wieczorem poszliśmy na winko i coś lekkiego do zjedzenia. Właściciel knajpki polecił nam paterę serów i wędlin jako przekąskę do wina. Poszły więc 2 karafki wina, oraz różne sery pleśniowe…w tym bardzo pleśniowe. A te różne wędliny to były: taki nasz pasztet, taka jakby włoska szyneczka prosciutto, taka kiełbaska jakby hiszpańska chorizo i taki kawałek jakby naszej konserwy turystycznej! Aaa, i do tego jeszcze były małe ogóreczki konserwowe. Hmm, kuchnia francuska jest bardzo wykwintna!
Jak byliśmy w trakcie drugiej karafki to zaprzyjaźniliśmy się ze stolikiem obok. (oni byli w trakcie któregoś z kolei piwa). No i kazali nam – swoim przyjacielom Polakom – wypić drinka zwanego „orgasmic”. Była to wódka (chyba z wodą bo słaba) z malinką. Pije się taką wódkę i na koniec zjada ze smakiem malinkę. Po przyjaznym wypiciu wódeczki z naszymi Francuzami i po ostatnim kęsie “konserwy turystycznej” stwierdziliśmy że jednak nie mamy takiej głowy do wódki… jak Francuzi i że czas wyspać się przed kolejnym dniem.


View Larger Map
View Larger Map
Moze Cie tez zainteresowac
Paryż Wersal Segovia