Strona główna

“Guiness Jazz Festival” w Cork

Dodaj komentarz

Październik obsypał tutejsze nieliczne drzewa złotem i miedzią a my z racji sprzyjających okoliczności postanowiliśmy odwiedzić Cork. W tym 120-tysięcznym mieście, drugim pod względem wielkości w republice, którego irlandzka nazwa Corcaigh oznacza trzęsawisko, miał właśnie zacząć się coroczny 4-dniowy Guiness Jazz Festival, czyli 120 występów przeróżnych jazz-bandów w 30 wybranych knajpkach, w większości za zupełną darmochę.

Dzień przed wyjazdem mieliśmy już mniej więcej gotowy plan zwiedzania i poruszania się pomiędzy nimi, tak, aby zobaczyć co ciekawsze zespoły (wcześniej oczywiście Kasia posprawdzała na last.fm jak daleko grana przez nie muzyka leży od jazzu, co uchroniło nas od słuchania country na żywo).

Kasia przyleciała do Cork dzień wcześniej, służbowo, koordynując spotkania irlandzkich firm-eksporterów z panelem doradców, co notabene jest bardzo ciekawym tematem, jednakże niekoniecznie na ten wpis. Po 20 minutach lotu (Kasia) lub 3 godzinach jazdy pociągiem (ja) spotkaliśmy się z Kasią wieczorem w nieco zamglonym Cork i przystąpiliśmy od razu do konsumpcji miejskiego centrum, czyli sporej wielkości wyspy znajdującej się pomiędzy południową i północną nitką rzeki Lee

Wspomniana wyspa tworzy miejskie centrum, którego nie powstydziłoby się żadne europejskie miasto, zadbane,  kolorowe, nowoczesne – w nienachalny sposób, z szerokimi alejami tętniącymi życiem oraz wąskimi kolorowo oświetlonymi uliczkami pełnymi knajpek, restauracji, kawiarni (rzadkość w Irlandii), równie zaludnionymi.

Troskę mieszkańców Cork o detal widać na spotykanych stylizacjach na ścianach w wąskich pasażach, doświetlonych punktowym kolorowym światłem, na wtopionych mozaikach w chodnikach. Odbijający się w w Lee budynek opery, galerie, reklamy festiwalu niedyskretnie eksponowane w zasięgu wzroku sprawiają iż miasto jest “kulturalne” co najmniej w dwojga znaczeniu tego słowa. Jednogłośnie zgodziliśmy się z Kasią iż jest to najbardziej europejskie miasto w Irlandii w jakim byliśmy. Nie ma w nim brudu, bylejakości dublińskiego centrum, nie ma też dublińskiej monotonności zabudowy. Małe, kolorowe domki, fantazyjnie poustawiane na wzgórzach okalających centrum przypominają raczej francuskie lub hiszpańskie urokliwe miasteczka, tak jak one, leżące w sporej odległości od stolic.

Kontemplując uroki miasta, trafiliśmy do pierwszego jazzowo-guinessowego punktu wieczornej wędrówki. Pijąc lagera zastanawialiśmy się dlaczego zespół “Jezzabell” gra lirycznego rocka który nota bene kupił nas swoim urokiem. Następny przystanek to położony 20 metrów dalej klub z kapelą grająca coś na kształt funky-jazz – świetne! Jako że koncerty zaplanowane na ten wieczór są góra 45-minutowe, dają słuchaczowi możliwość zobaczenia ich więcej, zamiast trzymać go oczarowanego w tym samym miejscu.

500 metrów dalej Mary Stokes i jej bluesowy zespół dawali czadu, który z jazzem znowu nie miał nic wspólnego, ale z dobrą muzyka jak najbardziej. Odlecieliśmy przy bluesowej wersji “Break on through to the other side”.

W momencie gdy ujrzałem puste dno mojego kufla kapela pożegnała się z publicznością i knajpa momentalnie opustoszała. Noc świeciła neonami, kiedy trzymając w ręku kawałki pizzy idąc na skróty łączące dwie najważniejsze ulice w centrum, Patrick Street i Grand Parade, stwierdziliśmy że jesteśmy o krok od przedawkowania emocji i przekraczając rzekę Lee pięknie oświetlonym mostem, ruszyliśmy w stronę pokrytego mgłą kościoła św. Anny na wzgórzu, obok którego mieścił się nasz hotel.

Nazajutrz, wczorajsza mgła opadła odsłaniając horyzont, co zapowiadało słoneczny sobotni dzień. Skierowaliśmy się w stronę portu w poszukiwaniu śniadania i chwilowo nasze apetyty stłumił potężny liniowiec wielkości 13-piętrowego przewróconego polskiego osiedlowego bloku. Fantastycznie wielki przyciągnął nas do siebie z daleka i potem z pustymi brzuchami musieliśmy wracać do centrum gdzie w przeciwieństwie do portu, znajdowała się setka knajpek serwujących późne śniadanie (wyjątkowo w czasie festiwalu można zjeść śniadanie niemalże w porze lunchu).

Miasto już dawno obudziło się (a może wcale nie poszło spać?) i po chwili w gęstniejącym tłumi ludzi odezwała się trąbka, potem druga,większa i po chwili cała 6-osobowa chodząca jazzowa kapela Szwedów (a może Finów) zaczęła maszerować chodnikiem w rytm skocznego swingowania. (krótki zapis na YouTube). Było bardzo wesoło i w pewnym momencie jeden z przechodniów zaczął tańczyć coś na kształt irlandzkiego tańca połączonego ze swingiem, tak że po chwili nie wiadomo, kto stanowił większą atrakcję.  Filmik do obejrzenia na You Tube. Żeby ich pogodzić, jak spod ziemi zjawiła się też rozdający wcześniej ulotki Myszka Miki i Kaczor Donald, którzy postanowili zaprezentować swoje zdolności taneczne.

A my ruszyliśmy dalej w stronę “Angielskiego Targu“, który nagle zapragnęliśmy przenieść do Dublina, albo jeszcze lepiej do Malahide. Nie tylko z powodu pana grającego na pianinie na targowym balkonie, ale z powodów czysto kulinarnych. Po raz pierwszy widzieliśmy tyyyyyle ryb, krabów, małż, kałamarnic i innych owoców morza w tym całą masę żywych, iż znów zaczęliśmy wierzyć iż Irlandia leży nad morzem (bądź oceanem – zależy z której strony patrzeć). Nieproporcjonalnie duża ilość stoisk z mięsem potwierdza po raz kolejny że Irlandczycy nie są stworzeni do bycia wegetarianami. Oczy cieszył widok osamotnionego stoiska z niezliczonymi rodzajami oliwek z całego świata, kaparów, marynowanych karczochów. Odnaleźliśmy polecany francuski “Zadek Świni” sprzedający fantastycznie przygotowane mięso (można próbować). Przyciągnęła nas też nieopodal wystawa z krainą serów . Wyszliśmy zanim nie było za późno i nie skusiliśmy się na chodzenie z reklamówkami pełnymi smakołyków przez resztę dnia :-)

Kolejnymi przystankami była katedra St. Fin Barre , piękna i dająca możliwość zobaczenia każdego jej miejsca, mnie osobiście zafascynował mechanizm organów-piszczałek umieszczony w podłodze, napędzany sprężonym powietrzem, Kasia częściowo podzielając moje zainteresowanie skupiła się raczej na pozostałych walorach wnętrza.

Spacerując po wzgórzach wąskimi uliczkami, chodząc na skróty jeszcze węższymi, trafiliśmy do kolejnych perełek,między innymi “Butter museum;-) którego co prawda nie zwiedziliśmy, ale który oferował ciekawe czarno-białe malowidła ścienne o nieokreślanej tematyce. Zaraz obok stoi wspomniany wcześniej kościół Św. Anny oraz kolejna katedra o bardzo nowoczesnym wnętrzu i niemalże disnejowskimi witrażami, której nie ma na żadnej z ulotek.

Syty obiad zjedliśmy w jednej z restauracji na wyspie a na zakończenie dnia i jednocześnie pobytu w Cork, zawitaliśmy do jednego z pubów na ostatniego pinta “Black Stuff” oraz świetny występ Irlandzko-Słowackiego bandu “” który potwierdziła iż faktycznie bierzemy udział w “Jazz Festival“. Tak więc z “Guinness Jazz Festival”, odnaleźliśmy wszystkie z tych składników i z całą pewnością chcemy tam jeszcze kiedyś wrócić. Grzechem byłoby nie wspomnieć iż jest to miasto narodzin i warzenia stouta “Murphy’s” oraz “Beamish”, grzechem też było nie spróbowanie ich w lokalnych pubach. Podziwiając swoją siłę przyzwyczajeń obiecuję sobie iż kolejna zamówiona kwinta stouta w Dublinie pochodzić będzie z “the banks of my own lovely Lee”

(Post gościnny napisany przez Tomka)

View Larger Map

Moze Cie tez zainteresowac
Galway Glendalough Harfa, koniczyna, kolor…

zamek i skansen Bunratty

Dodaj komentarz

widok na rzekę Shannon z wieży zamkowej

Bunratty Castle i przyległy do niego skansen są podobno  opanowane przez tysiące zwiedzających. My mieliśmy szczęście. Rano była okropna pogoda i bardzo niespodziewanie w przeciągu kilku sekund się rozpogodziło. Dzięki tej nagłej zmianie pogody, byliśmy jednymi z pierwszych zwiedzających.
Zamek jest odrestaurowany i odbywają się w nim średniowieczne uczty każdego wieczora, je się nie używając sztućców, piję się miód, słucha się średniowiecznych śpiewów i muzyki w wykonaniu osób ubranych w średniowieczne stroje. A w dzień zamek i przyległy skansen można zwiedzać do woli. Skansen to natomiast zrekonstruowana XIX-wieczna wieś irlandzka.
Skansen „żyje” i dzięki temu jest bardzo autentyczny. W zagrodach są świnki i kury, w sklepikach są „sprzedawcy z XIX wieku” z „XIX wiecznymi” produktami, a w domkach można spotkać panie wałkujące ciasto na te średniowieczne uczty. Mam nawet kilka bożonarodzeniowych przepisów od nich.

Więcej zdjęć ze skansenu tutaj
View Larger Map

Moze Cie tez zainteresowac
Limerick Merrion Square Dunluce Castle

kolory Irlandii, 1

Dodaj komentarz

Dwie fotki przedstawiające żywe barwy Irlandii..mimo deszczu.

Pierwsza do drzwi, a druga rosyjski pub Prawda znajdujący się w centrum przy Ha’penny Bridge.

Moze Cie tez zainteresowac
Irlandia inaczej I kolory Irlandii 2 Irlandia inaczej II

Sláinte

Dodaj komentarz

..So I stumbled down to Kelly’s Pub, across the edge of town
An I told the boys me story and we had another round..

zielony pub

Irlandczycy piją. Wszyscy razem, nie ważny wiek (czy masz 22 czy 52 lata), po pracy wszyscy idą do pubu. Picie zaczyna się w czwartek, bo jak twierdzą to już weekend i w piątek można być w pracy na kacu. W piątek i sobotę pije się do rana, kończąc zazwyczaj u kogoś w domu bo knajpy są zamykane około 2 w nocy. W niedzielę pije się już na szczęście krócej. Poza tym jedno piwko czy z 2 lampki wina (lub też więcej) to norma w każdy inny dzień tygodnia. Pije się w pubach, nie w domach. Po weekendzie są głównie rozmowy o imprezach. Picie jest nazywane socjalizowaniem czyli możliwością porozmawiania i pobawienia się gdzieś razem, jednakże tylko się tak nazywa. Muzyka jest zawsze tak głośna że słyszy się tylko jedną osobą która stoi obok nas, ale pod warunkiem że krzyczy nam do ucha. Pozostałe osoby też wszystkie krzyczą sobie do ucha w parach.

W Temple Bar – dzielnicy pubów widzi się wieczorem pijanych ludzi, dziewczyny ledwo idące na wysokich obcasach. A na drugi dzień ulice są zaśmiecone czym tylko się da oraz pełne tzw. słynnych irlandzkich pizz (więcej nie mówię, gdyż można to sobie wyobrazić). Opowiada się swobodnie współpracownikom o tym że się za dużo wypiło, co głupiego się zrobiło itp.

Nie ma umawiania się na kawę (o jak mi tego brakuje). Niby się mówi że idzie się na kawę a potem i tak się kupuje alkohol. Zresztą takich naszych kafejek/kawiarni jest mało. Przeważają puby i restauracje.

Irlandia i Wielka Brytania są jedynymi krajami w Unii Europejskiej, które pozwalają kierowcą na 0,8 promila. Podobno rządowe plany zredukowania ilości alkoholu, który można legalnie wypić i prowadzić samochód, sprawią, że Irlandczycy będą głosowali na “nie” w drugim referendum w sprawie Traktatu Lizbońskiego.

Przeciętny Irlandczyk wypija 550 pintów piwa (pint to prawie pół litra) lub 143 butelki wina lub 50 butelek wódki rocznie. Mówimy tu o przeciętnym. Kto z Was wypija 10 piw tygodniowo?

Moze Cie tez zainteresowac
Minusy Irlandii Plusy Irlandii Hurling

Bank Holiday – wycieczka z Beatą i Arkiem

Dodaj komentarz

3 sierpnia był Bank Holiday czyli dzień wolny od pracy. Bez powodu oczywiście. Poza 2 dniami na Boże Narodzenie, jednym dniem na Wielkanoc oraz dniem św. Patryka, Irlandczycy mają kilka dni wolnych w roku bez powodu. Nazywają się one Bank Holiday – czyli urlop banków – dzień w którym banki nie pracują. Prawie wszyscy mają wtedy wolne. Ale w ten Bank Holiday, Tomek nie miał wolnego więc ja wybrałam się na wycieczkę z Beatą i Arkiem.
Oto co zobaczyliśmy:

1. Pojechaliśmy najpierw do Monasterboice – ruiny zabytku wczesnochrześcijańskiego, podobno jedne z najniezwyklejszych w całej Irlandii. Hmmm, masę podobnych już widzieliśmy, ale czemu nie…  więcej na temat samej historii tutaj

Cmentarz wokół ruin jest nadal używany a na grobach dzieci są poukładane różne zabawki – to częsty widok w Irlandii. Przy wejściu był mini sklepik z kartkami i księgą pamiątkową w której Arek z Beatą się wpisali bo pani ich poprosiła. Nie wiem jednak co wpisali…ale pani tak się ucieszyła że się wpisują że zaczęła nam dawać mnóstwo różnych ulotek na temat okolicznych zabytków.

2. Na parkingu przy Monasterboice była mapa okolicy i na tej mapie był zaznaczony zamek w miejscowości Ardee. Mimo, że nie mieliśmy tego w planach, postanowiliśmy również tam podjechać, gdyż było to po drodze. Zamek nie imponował rozmiarem (jak widać poniżej).

Zamku nie zwiedza się, ale była w nim wystawa malarstwa więc postanowiliśmy ją zobaczyć. Wystawiane obrazy były na sprzedaż i można było np. nabyć obraz przedstawiający Baracka Obamę lub też obraz pana pijącego guinnessa.

3. Z Ardee pojechaliśmy do Slane. Najpierw na wzgórze Slane – Hill of Slane ważne dla Irlandczyków gdyż symbolicznie uważa się że tam św. Patryk zapoczątkował chrześcijaństwo. Gdy podchodziliśmy na wzgórze niebo zrobiło sie pochmurne i ponure tak więc dodało zdjęciom dodatkową posepną nutkę.

Nastepnie w tej samej miejscowowsci szukalismy zamku , ale trudno bylo go znaleźć – żadnych kierunkowskazów ani widoku budowli zamkowej z dala. Okazało się że zamek mieści się w takiej jakby dolince i otoczony jest drzewami. Poza tym zamek jest w rękach prywatnych i można go zwiedzać przez jeden miesiąc w roku. Akurat nam się udało. Przy tym zamku odbywa sie tez każdego rokuw lecie koncert . (grali tam miedzy innymi U2, Rolling Stones, Red Hot Chilli Peppers).

4. Po miasteczku Slane przyszła kolej na Fore Abbey (Opactwo Abbey) słynące z 7 cudów. Cuda te to:

1. Klasztor wybudowany na bagnie – tylko robi takie wrazenie, w rzeczywistości powstał na wyspece stałego gruntu otoczonego mokradłami
2. Młyn bez młynówki – dziś to kilka ruinek nie przypominających młynu
3. Woda która płynie pod górę – nie udało się nam zauważyć
4. Drzewo które nie chciało sie palić – nie wiemy które to i czy jeszcze w ogóle istnieje
5. Woda która nie wrze – hmm, znaleźliśmy jakieś coś co mogło być kiedyś studnią. Żadnej wody tam nie było
6. Pustelnik w kamieniu – miejsce gdzie mieszkał pustelnik
7. Kamień wydźwignięty modlitwami św. Fechina – jest częścią kościoła
Jednakże to co nas najbardziej zaciekawiło to nie klasztor i cuda, ale drzewo… na którym było mnóstwo skarpetek od dziecięcych po damskie i męskie. Oprócz tego też jakieś karteczki przywiązane gumką na supełek. Ale zdecydowanie najwięcej skarpetek. To drzewo jest nazywane Rag Tree – drzewo szmat. Jeśli ktoś jest chory albo ma jakieś życzenie należy jakąś część garderoby tej osoby przywiązać do drzewa. Kiedy ta rzecz zbutwieje (a w koncu tak się stanie od tego wiszenia na drzewie) to oznacza że dana ososba wyzdrowiała lub tez że życzenie się spełniło.

5. Na koniec pojechaliśmy to miasteczka Castlepollard aby tam zobaczyć zamek Tullynally. Postanowiliśmy jendak najpierw pójść na obiad. Zatrzymaliśmy sie przed pubem i zaglądaliśmy na menu w oknie gdy miła pani wyszła z pubu z menu w ręku żebyśmy je mogli sobie swobodnie przestudiować – to się nazywa dbanie o klienta w czasach recesji. Zamówiliśmy więc tam obiad. Gdy pani przyniosła zamówione dania oraz Guinnessa dla Arka, stawiając go przed Arkiem powiedziała Slainte – co po irlandzku oznacza nasze ‘na zdrowie’ przy toaście. Nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej z tym i było to bardzo miłe. A jedzenie bylo przepyszne i do tego sos grzybowy jak u mamy. Sos w Irlandii jest zawsze taki sam – ciemny o tym samym smaku zwany ‘gravy’. Arek stwierdził ze pewnie Polak jest kucharzem w tym pubie – co w sumie jest bardzo prawdopodobne. Kiedyś byliśmy w pubie Johnnie Fox’s, w górach Wicklow. Pub reklamuje sie jako najwyżej położony pub w Irlandii i jeden z najstarszych i najbardziej tradycyjnych. Rzeczywiście wystrój był nieco inny niż wszystkie dzisiejsze irlandzkie puby – taki wiejsko rustyklany. Na ścianach były zdjęcia slawnych osób które odwiedziły pub, między innymi Bill Clinton. Ale do rzeczy, w pubie tym kelnerkami były Polki a gdy zachwycaliśmy się ich dobrym chlebem okazało się że pieką go na miejscu a kucharzem i zarazem piekarzem jest Chińczyk. Tak więc wyglada w dzisiejszych czasach tradycyjny, irlandzki pub…

No ale w końcu pojechaliśmy do zamku który wyglada imponująco, w szczególności na zdjęciu z lotu ptaka. Gdy dotarliśmy na miejsce pogoda się całkowicie popsuła – czyli irlandzki deszcz. Poza tym było juz wpół do szóstej a wchodzić w pobliże zamku i do ogorodów można tylko do godziny szóstej. Nie zobaczyliśmy więc za wiele, jedynie zorientowaliśmy się że zamek jest podzielony na mieszkania i mieszka w nim dość sporo ludzi. Gdyby tylko ten zamek był bliżej Dublina, kto wie…można by się tam przeprowadzić. Zabawny pomysł lub raczej jak powiadają Irlandczycy – That’s gas…

I tak w deszczu wrócliśmy do Dublina!

Szkoda że Tomka nie było z nami


View Larger Map
Moze Cie tez zainteresowac
Katedra w Dublinie Hill of Tara Opactwo Bective