Z cyklu czym się różnimy „Irish Time”

Osoby które podróżują po Indiach czy Afryce opowiadają jak pojęcie czasu jest tam inne. Zresztą w Europie też znamy takie  przypadki jak słynne hiszpańskie mañana ale oni mogą mieć wymówkę w postaci upałów. Jaką wymówkę mają Irlandczycy?

Irlandczycy sami w żartach przyznają, że ich pojęcie czasu jest bardzo swobodne i określają je mianem „Irish Time”. Gdy umówimy się z kimś i ten ktoś się spóźnia i mówi że będzie za 5 minut, tak naprawdę będzie za jakieś 20.

Jeśli ktoś mówi że podroż z miejsca A do miejsca B trwa godzinę, prawdopodobnie będzie to ponad półtorej godziny.

Jeśli na stronie hotelu podane jest że centrum miasta oddalone jest o 15 minut spaceru to lepiej wziąć taksówkę albo wygodne buty bo trzeba iść przez 40 minut.

Jak się zna tę żelazną zasadę i się nią nie przejmuje można spokojnie egzystować z tubylcami. I oczywiście samemu wcielić ją w życie, bo jak komuś mówimy że będziemy za 5 minut to się nas tak naprawdę nie spodziewają tak szybko.

Gorzej sprawy się maja na gruncie służbowym. Trzeba coś zakończyć do podanego terminu a wszyscy się niemiłosiernie spóźniają. Termin jest środa przed zakończeniem pracy (by close of business czyli COB). Większość odpowie na czas, ale zanim wszyscy odpowiedzą będzie piątek. Gdy ja mam „deadline” na jakiś projekt czy raport, który koordynuje, podaję wszystkim zaangażowanym o wiele wcześniejszy „deadline”. W praktyce wygląda to tak: mam coś zrobić do piątku (by COB). Podaję wszystkim że do środy (by COB). Czwartek ustawiam sobie w miarę wolny bo wtedy muszę go spędzić na obdzwanianiu i poganianiu maruderów. Wszystkie odpowiedzi spływają przed piątkowym lunchem. Jak coś do piątkowego lunchu nie dotrze to już prawdopodobnie dotrze dopiero po weekendzie. Wtedy zostaje mi piątek po lunchu na zapierdziel żeby zdążyć przed tym COB czyli godziną siedemnastą.

Takie robienie dodatkowego „deadline” przed prawdziwym „deadline” to czasem strzelanie sobie w stopę. Bo potem często się okazuje że coś co potrzebne jest przed końcem sierpnia ludzie są proszeni o zrobienie przed końcem czerwca. I wtedy wszyscy zaczynają wszelkie „deadline” traktować z przymrużeniem oka.

I jeszcze jest umawianie się do lekarza. Na godzinę konkretną a i tak wchodzi się z co najmniej pół godzinnym opóźnieniem.

Najgorsi są hydraulicy, specjaliści od pieców gazowych itp. Miał przyjść w poniedziałek o 10 a nie tylko wcale nie przyszedł ale też nawet nie zadzwonił oraz nie odbiera telefonu. We wtorek dzwoni ze przyjdzie w środę o godzinie 16. Zrywasz się wcześnie z pracy, pędzisz do domu a on przychodzi o 18.

Wzięli mi samochód do naprawy. Zapomnieli przygotować zastępczy mimo że tak się umówiliśmy. Dowiozą do domu wieczorem. Nie dowieźli. Przywieźli następnego wieczoru. Nie taki jaki był umówiony. Przywiozą ten co miał być jutro o 17.00. Pędzisz do domu czekasz. O 17.30 dzwonią do Ciebie i pytają gdzie jesteś bo miałaś sobie sama przyjechać po samochód a oni czekają bo pół godziny temu mieli zamknąć warsztat bo piątek przecież. Ok, przywiozą w takim razie sami. Przepraszają, będą za 15 minut. Samochód przyjeżdża o 20.

I jeszcze tylko dodam nieśmiało że wszystko z uśmiechem i spokojnie. Nikt się nie denerwuje, a temu który nawalił i przeprasza mówimy: nie ma sprawy, nie przejmuj się.

Fun & games jak powiada w takich przypadkach mój były szef. Fun & games.🙂

irish time

16 uwag do wpisu “Z cyklu czym się różnimy „Irish Time”

  1. Świetny wpis i święte słowa. Aż dziw bierze, że tak niezorganizowana czasowo nacja osiągnęła takie sukcesy.

    Dla mnie osobiście najbardziej w tym wszystkim wkurza nie ich spóźnialstwo, Wkurza brak komunikacji. Umówiłem się niedawno z gazownikiem na coroczny przegląd pieca gazowego. Mam w środku dnia okienko na lunch, które czasem wykorzystuję do załatwiania takich spraw. No więc umówiłem się z tym gazownikiem na pierwszą. Za pięć pierwsza jestem w domu. O wpół do drugiej (!) gość do mnie dzwoni, że nie przyjedzie przed drugą, bo się właśnie przegryza przez korki. A ja mu na to, że może sobie w takim razie zawracać i niech przyjedzie jutro, bo jak się umawia na pierwszą to albo się przyjeżdża o pierwszej, albo się dzwoni z wyprzedzeniem. W takiej sytuacji telefon o wpół do drugiej jest dla mnie zwykłą obrazą i marnowaniem mojego czasu.

    Albo inna scena: zamówiłem kiedyś mebelki z IKEI. Mieli przyjechać przed południem, i koniecznie zadzwonić PÓŁ GODZINY przed przyjazdem, bo tyle potrzebuję czasu żeby dotrzeć z pracy do domu w najbardziej pesymistycznym wariancie. I co? I oczywiście dzwonią spod drzwi mieszkania, że już są, czekają, i żebym przyjechał szybciutko szybciutko bo oni mają jeszcze dziesięciu innych klientów do załatwienia. Pytam czemu nie zadzwonili z wyprzedzeniem, jak prosiłem – cisza. No i potem awantura i szukanie winnego.

    Pod tym względem nie znoszę tego kraju – no ale nigdzie nie jest idealnie, nie ma co marudzić. Przynajmniej mamy przewidywalną (na ogół!) pogodę🙂

  2. Tu gdzie jestem jest chyba lepiej, alboza krótko tu mieszkam, a może za małe miasto, nie ma korków, więc i hydraulik był na czas, w szkole rzeczywiście wszystko trwa w bezczasie, oprócz zajęć od-do. I tu się nauczyłam na wszelkie opóźnienia mówić – relaks. Ostnio wracjąc autobusem do domu, kierowca zatrzymał się, wyłączył silnik, i wyszedł do sklepu, nie było go z 10 min, nikt się nie stresował, relaks – powiedziała mi pani obok. No to relaks Kasiu🙂

  3. Jest tak, nie da się zaprzeczyć. I lepiej do tego przyzwyczaić jak najszybciej. Oni to chyba mają jeszcze z czasów, kiedy zamężne kobiety nie mogły pracować (tak, tak, był zakaz, nie ważne, czy nauczycielka, czy kierowniczka laboratorium, dzień po ślubie zdawała obowiązki i do domu), zawsze były obecne i można było później przybyć piec konserwować.
    Jestem bardzo obowiązkowa, co do deadline i bycia na czas to już w ogóle, dużo czasu i pracy nad sobą zajęło mi, żeby się ludziom do gardła nie rzucać. A i teraz jeszcze mi się zdarza głową tłuc o ścianę z bezsilności.
    Kiedy wizytuję Dublin, chodzę wszędzie z córką, pytam – jak daleko jeszcze? – bo ja wieśniak wszędzie samochodem, albo zdecydowanie mam wszędzie bliżej. Na to ona – 10 minut.
    I to nigdy nie jest 10 minut! Ratunku, moja córka jest Irlandką🙂

  4. W Północnej aż tak się nie spóżniają, albo trafiłam na punktualnych hydraulików i dostawców, ale ogólnie po iluś tam latach na wyspie zauważyłam, że jakoś tutaj większość osob lużniej do tego i owego podchodzi. Nawet jak wizyta u weta w poczeklani jest opóżniona o pół godziny to nikt nie marudzi, tylko towarzyskie gadu gadu się odbywa na temat pupili.😀
    Pozdrawiam serdecznie.🙂

  5. Znam to i bardzo tego nie lubie! A najbardziej chyba to zloszcza mnie wszelakiej masci spece, ktorzy to czas pracy w danym miejscu licza sobie od godziny przyjazdu pod dom lub firme, szczegol, ze w samochodzie spedzaja pierwsze okolo godziny rozmawiajac przez telefon i czytajac prase.

  6. Dla mnie punktualność rzecz święta. Jak to mówię” porządek musi być”( a potem dopiero można ostro poszaleć!)
    Nie wiem, nie wiem czy przyzwyczaiłabym się🙂

  7. Świetny wpis! Sama się o tym przekonałam, umawiając się na pierwsze randki ze swoim chłopakiem- Irlandczykiem. Ponieważ zagroziłam, że po 5 minutach spóźnienia wracam do domu bez zastanowienia, teraz spóźnia się góra o 10😉

  8. Właściwie zastanawiam się, czy pod względem punktualności różnimy się od Irlandczyków … przecież kolejki u lekarza, niesłowni „fachowcy” to u nas normalka. Z pewnością różnimy podejściem do spóźnialskich – nas denerwują.

  9. Ostatnio bedąc przejazdem w Cork szukaliśmy pewnego zabytku. Debatujemy nad mapą, zaczepia nas Polka, wskazuje drogę i mówi „uuu, to trzeba iść jakieś 20 minut”. Przeszliśmy i 40, po czym wezwany na pomoc GPS stwierdził, że drugie tyle przed nami. Do tej pory myślałam, że ta Pani się po prostu przejęzyczyła, ale teraz zmieniam zdanie – po prostu Ona posługuje się już „Irish time”🙂

  10. Oj, to ja bym się chyba nie wpasował w Irish time;(
    Co prawda czasem stosuję w pracy zasadę „spóźniłem się, ale za to wyjdę wcześniej” jednak umówione terminy to dla mnie rzecz święta.

  11. Mnie osobiście „Irish time” bardzo pasuje, bo własnie tak działam. Z tym, że tylko w życiu prywatnym, bo zawodowo lubię być na czas. Z Mężem ciągle się ścieramy o to, bo on się spieszy, a ja mam własnie „a nice cup of tea”. On też ma swoją herbatę, ale biega z kubkiem w dłoni jak szalony po domu. Oj, wpasowałam się w irlandzki klimat😉 Jeśli chodzi o fachowców, przyzwyczaiłam się, że nigdy nie przyjdą w umówionym terminie, grunt, że przyjdą w ogóle. Po co się stresować, przecież po to jesteśmy w Irlandii, by się nie stresować😉 Pozdrawiam🙂

Zapraszam do rozmowy

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s