Piosenki świąteczne osobiście

Każdy z nas ma jakieś „swoje” piosenki. Bardzo lubię to uczucie gdy nagle pewne obrazy stają mi przed oczami jak żywe tylko dzięki temu, że usłyszę jakąś „moją piosenkę” przypominającą mi zdarzenia czy emocje z czasów licealnych, studiów czy jakichkolwiek innych.

W grudniu tematyka świąteczna wydaje się być wszędzie obowiązkowa. A ja przygotowalam dla Was nie tylko wpis świąteczny ale dodatkowo dosyć osobisty, chyba najbardziej z wszystkich moich dotychczasowych wpisów. Przedstawię Wam różne piosenki świąteczne, które dla mnie mają znaczenie i niosą ciepłe choć czasem nieco bolesne wspomnienia. Bolesne bo pewne czasy minęły i nie wrócą. Bolesne jednak takim swojskim, ujarzmionym bólem, nie dającym się zbytnio we znaki. Jesteście ciekawi? To zapraszam czytajcie dalej. 

Piosenka „12 days of Christmas” dość długo do mnie nie przemawiała, aż do czasu gdy na studiach miałam zajęcia z Wiedzy o Krajach Anglojęzycznych (WOKAJ) a bardziej ten rok gdy uczyłam się o Stanach Zjednoczonych. Zajęcia te miałam z Charlesem, który pochodził ze stanu Massachusetts. Charlesa bardzo szybko obdarzyłam antypatią. Na pierwszym kolokwium, które nam zrobił, dał każdemu kontury kilku różnych stanów. Na ich postawie należało napisać jaki to stan, jaka jest jego stolica i przezwisko, z czego słynnie, główne miasta i gałęzie gospodarki i chyba wielkość oraz populacja. Nie żeby nas zaskoczył tymi wymaganiami bo nas uprzedził jak będzie wyglądać kolokwium, mimo wszystko jednak wydawało nam się od razu, że przesadza. Na szczęście, grupę miałam nie tylko ambitną ale i zgraną więc podzieliliśmy między sobą wszystkie stany, porobiliśmy ich kontury i pokserowaliśmy w odpowiedniej liczbie tak aby dla każdego starczyło. Czując się trochę jak dzieci na lekcjach geografii, chodziliśmy z 50 konturami stanów (plus District Columbia) w torbach i kieszeniach i uczyliśmy się ich kształtów i wszystkiego co tam jeszcze Charles chciał. Przyznam nieskromnie, że jak większość grupy, wzięłam sobie za honor nauczenie się wszystkiego, ale to było w tych czasach gdy życie brałam bardzo na serio. Ku mojej rozpaczy dostałam czwórkę z bardzo jak wtedy (i zresztą wciąż dziś) uważałam błahego powodu.  Otóż, dostał mi się między innymi stan Massachusetts, czyli rodzinny stan mego wykładowcy. I w nazwie tegoż stanu zrobiłam błąd literówkę. To był mój jeden jedyny błąd na całe wielkie kolokwium. Charles z rozbrajającym uśmiechem powiedział mi wtedy, że wybaczyłby literówkę w nazwie Alaska (przepraszam bardzo jaką literówkę można zrobić w tej nazwie) ale nie wybaczy mi literówki w nazwie jego rodzinnego stanu i uważa, że za to należey się obniżenie oceny o cały stopień. To w tym właśnie momencie postanowiłam, że nie będę go lubić. Jako, że po tym kolokwium dał się we znaki nie tylko mi, chętnie całą grupą robiliśmy różne niewinne rzeczy aby go chociaż nieco zirytować. Charles był konserwatystą i gdy raz nam oznajmił, że nie cierpi Halloween, wszyscy ubraliśmy się w tym dniu na zajęcia w kolorach czarnych i pomarańczowych. Powiedział nam też kiedyś mimochodem, że nie znosi piosenki „12 days of Christams” w wykonaniu Muppetów a w szczególności tego kawałka w którym Miss Piggy operowo śpiewa „five gold rings”. Domyślacie się jaką piosenkę puszczaliśmy sobie w grudniu i to dość głośno, czekając na jego zajęcia? Wyłączaliśmy ją dopiero jak się pojawiał. I w ten oto sposób ta piosenka zawsze kojarzy mi się z tamtymi studiami, Charlesem, moją grupą oraz nieszczęsnym Massachusetts 🙂

Przenosimy się w czasie do okresu gdy uczyłam angielskiego biznesowego w firmach. Zajęcia miałam zarówno w grupach jak i indywidulane. Te drugie były z różnymi paniami i panami dyrektorami. To były zabawne czasy, praca stresujące i wymagająca ale z wieloma nieprzewidywalnymi benefitami. A to gazeta która robiła zamknięty koncert pewnego sławnego muzyka w jednym z lokalnych zameczków na potrzeby nagrania płyty jako dodatku do gazety, zaprosiła mnie na ten koncert, a to pewne panie zapraszały na grę w tenisa w swoim klubie. Miałam dość ciekawe znajomości czy też jak się to teraz mówi network, a gdy siostrze dziecko popisało długopisem skórzane meble chyba najbardziej znanego producenta mebli w Polsce, wystarczył mój jeden telefon aby ślady długopisu zniknęły. Tak się składało, że uczyłam też jednego z prezesów tej firmy oraz jego małżonkę. Zajęcia indywidualne z panami i paniami prezes zawsze były zajęciami. Zajęcia gdzie miałam grupę pracowników to już różnie bywało przy okazji pewnych świąt. Zazwyczaj z okazji świąt Wielkanocnych jak i Bożego Narodzenia oraz Dnia Kobiet, panowie organizowali ciasto itp i przeciągali wstępne pogaduszki jak tylko mogli po to, żeby jak najmniej czasu zostało na rozmowy o dywidendach, strategiach marketingowych czy kosztach stałych. 🙂 Wiedząc po jakimś czasie czego mam się spodziewać, nie chciałam abyśmy całe zajęcia spędzili na plotkowaniu i robiłam im jakąś lekcję na luzie, gdzie punktem stałym zamiast słuchanie nagrań z „Financial Times” puszczałam im piosenki świąteczne przygotowując do tego odpowiednie ćwiczenia. Ulubioną piosenką była zawsze oczywiście a zarazem niestety „Last Christmas” zespołu Wham. Napisałam „oczywiście” gdyż była znana wszystkim z puszczania na okrągło w radiu oraz w hipermarketach, a dodałam „niestety” gdyż nie cierpiałam jej. Gdy do tego na dodatek puszczałam ją po kilka razy na każdych zajęciach, wprost znienawidziałam ją i gdybym mogła podać Wham do sądu za zrobienie tej piosenki takim przebojem a tym samym za maltretowanie mnie, zrobiłabym to chętnie. Wciąż nie cierpię tej piosenki, tą samą wielką niecierpiętnością co wtedy, mimo że trochę czasu już minęło. Ale to taki love/hate nas łączy bo przypomina o tamtych czasach gdy było wesoło, gdy pan ochroniarz w siedzibie prezydentów miasta wpuszczał mnie na sale konferencyjną w godzinach wieczornych bo chciałam sobie poćwiczyć taniec a to była największa mi znana sala w której mogłam byś sama („bo to ta pani co uczy prezydentów”), a moja pani kursantka z banku dała mi preferencyjny kredyt. 

Mniej więcej w tym samym czasie gdy byłam zapracowana, mając zajęcia w firmach a potem na uczelniach oraz jeźdząc trochę po Polsce jako egazminator egazminów Cambridge zarówno tych standardowych jak i tych dla dzieci (YL) oraz biznesowych (BEC) nie miałam czasu kompletnie na nic poza pracą. Gdy zbliżały się święta Bożego Narodzenia, cieszyłam się ogromnie a sama jazda do domu rodziców sprawiała mi wielką radość. Wiedziałam że nadchodzący czas będzie spędzony z rodziną, oraz że w końcu odpocznę, będę miała wolne i się wyśpię. Gdy stałam w korkach wydawało mi się, że wszyscy kierowcy wokół czują to samo oraz, że to ja a nie Chris Rea napisałam piosenkę „Driving Home For Christmas”. Ta piosenka do dziś powoduje, że ciarki przechodzą mi po plecach i wydaje się aktualna mimo że nie stoję w korkach gdyż już nie jeżdzę a latam do rodziców na święta. 🙂 Po prostu kojarzy mi się z całkowitym odłączeniem się od codzienności.  

Polskiego radia Trójka zaczęłam słuchać w liceum i słuchałam przez te wszystkie lata niemal nieprzerwanie. Teraz już nie potrafię bo za dużo natarczywych i agresywnych reklam a w niedzielę na dodatek politycy strasznie krzyczą. Mam za to aplikacje na telefonie polskiego radia, którą przy okazji polecam ba ma świetne stacje tamtyczne takie jak niezły jazz, wszystkie covery świata, najpiękniejsze polskie piosenki a teraz na przykład cyfrowe radio gwiazdka. Wracając jednak do Trójki, pamiętam jak co roku czekałam na nową świąteczną piosenkę dziennikarzy tej stacji. Piosenka ta to oczywiście „Przyjaciele Karpia”. Krok po kroku krok po kroczku najpiękniejsze w całym roczku idą święta.  Moim ulubionym „Karpiem” był chyba taki w którym na koniec piosenki były mniej więcej takie słowa: „biegnie, biegnie łoś ma przypięte coś, ma przypiętą na ogonie kartkę z napisem, że to koniec”. Pamiętacie? Nie mogę znaleźć na youtubie. Rytm i słowa tych piosenek karpiowych nie przypominają mi konkretnego momentu, ale emocje. Kojarzy mi się z radością oczekiwania na święta, z bibelotami i dekoracjami świątecznymi w moim mieszkaniu, kolorowymi lampkami na choince i płomykami świeczek, które lubię zapalać w zimowe wieczory. Ponadto kojarzy mi się z dobrym humorem dzienikarzy Trójki i ciepłem ich audycji i wypowiedzi, które poprzez głośniki wpływały do domu i zostawały na dłużej. 

Przyjaciele Karpia

Ci z was, którzy mnie czytają już dłuższy czas, domyślają się jaką jeszcze jedną piosenkę przedstawię wam na koniec. Jest to zdecydowanie najpopularniejsza piosenka okresu świątecznego w Irlandii. Gdy płynie z radia czy grana jest w pubach, każdy Irlandczyk śpiewa ją na całe gardło. Piosenka sentymentalnie mówi o świętach dlatego, że śpiewający są daleko poza Irlandią bo w Nowym Jorku. Ale też pijacko i kłótliwie. Czyli irlandzka dusza w całej krasie. Jakkolwiek się moje życie potoczy, ta piosenka będzie już zawsze moją kolejną świąteczną, przypominającą o Irlandii, o zwariowanych i mniej lub bardziej podlanych alkoholem spotkaniach towarzyskich w grudniowym Dublinie. 

A które z kolęd lub piosenek dla was mają znaczenie?

34 uwagi do wpisu “Piosenki świąteczne osobiście

  1. The Pogues da się słuchać. Jak wiesz, śpiewałam kilka lat w chórze akademickim i u dominikanów, w kółko te same kolędy, koncerty i podrygiwanie… Jest jedna kolęda, którą zawsze śpiewałam z ogromną przyjemnością i nigdy mnie nie nużyła 🙂

  2. The Pogues jest najlepszą świąteczną piosenką jaką w życiu słyszałem. Jest ponadczasowa i piękna i kojarzy mi się tylko i wyłącznie z Irlandią, gdzie usłyszałem ją po raz pierwszy. Przed wyjazdem nie zdawałem sobie sprawy, że Irlandia jest tak piękna i ma tak fantastyczną kulturę i ludzi. Wtedy wiedziałem tylko, że jest Guiness, Dublin i św. Patryk 😉 Ponadto, bardzo fajna jest piosenka John Lennona czyli https://www.youtube.com/watch?v=z8Vfp48laS8 . Może nie irlandzka ale świąteczna;-)

    • to prawda! Dzieki za przypomnienie tej pieknej piosenki. Ciekawe jak wielu z nas nie znalo kiedys kompletnie The Fairytale of New York a wystarczylo posluchac raz zeby pokochac na zaboj. Szczegolnie jak sie posluchalo jej wlasnie w Irlandii. Pozdrawiam serdecznie 🙂

  3. Pogues słuchałem nawet w Grecji na plaży w środku lata z moją obecną żoną a wtedy jeszcze dziewczyną. To były czasy;-) Może odbiór piosenki w nie świątecznym czasie jest trochę inny ale też było miło. I co jest też istotne, że np. ten wokalista nie wygląda za dobrze jeśli porównamy z dzisiejszymi „gwiazdorami” a mimo to pełny szacunek dla niego za to, że stworzył piosenkę, która wywołuje taaakie emocje. I jest dowodem na to, że w teledysku nie musi być roznegliżowanych panienek (ogólnie lubię roznegliżowane panie ale nie w teledyskach), żeby piosenka przeszła do historii.

  4. A ja sobie świątecznie nucę „over the rainbow”, oczywiście ta piosenka ma taką linię melodyczną, że tego nie uciągnie facet nawet przy goleniu, ale jakoś mi to to nie przeszkadza.

  5. A może jakieś porady od specjalistki.Jak szybko i poprawnie nauczyć się j.angielskiego mieszkając w irlandii.Oczywiście bez szkół,kursów tylko samemu.

  6. Kasiu masz rację w tym świecie nie ma nic za darmo.Nawet doradztwo ma swoją cenę 🙂
    Na szczęście dzisiaj życzliwy i wykształcony Irlandczyk (dzięki mojemu mężowi) znalazł mi pomoc za darmo 🙂 będę miała lekcje u emerytowanej nauczycielki Irlandkii :):):)
    Wesołych Swiąt !!! Bardzo lubię twój blog.

  7. Ja ostatnio szukałam ładnych wersji polskich kolęd, i porażka, z reguły ktoś „wyje” albo próbuje zrobić jakąś nowoczesną wersję, chórów też nie lubię, tylko czysty głos – chyba nie jestem aż tak wymagająca 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s